Ładna pogoda wypchnęła nas na godzinkę do lasu w Klembowie, w okolice, gdzie od kilku tygodni próbujemy kupić działkę pod nasz przyszły (choć potencjalny też dobrze brzmi) dom. Oczywiście, komary. Oczywiście, tłum grzybiarzy, pomimo późnej już (przynajmniej jak na zbieranie grzybów) pory. Ale przede wszystkim komary, a do tego kilka grzybów, ledwo widocznych spoza chmar komarów. Nie będziemy próbować kupić działki w bezpośredniej bliskości lasu, jakkolwiek fajnie byłoby mieć drzwi do lasu — nie odpowiada mi jednak życie w chmurze komarów.
Córka była szczęśliwa, żona była zadowolona, znaczy — warto było. Pomimo tego, że po sobotnim kieracie pragnąłem tylko siedzieć z wyciągniętymi nogami.
Oglądanie kolejnych czterech działek-kandydatek zostawiliśmy sobie na popołudnie. Może uda się znaleźć z godzinkę, żeby wsiąść na rower i zbadać sytuację w okolicach Dobczyna.
W obecnym wydaniu "Tańca z Gwiazdami" w TVN mamy gerontofilię (Helena Vondračkova, lat 60) z politycznym kabaretem (poseł LPR Krzysztof Bosak). Żenada. Moim zdaniem równie dobrze mogliby zaprosić Erica Raymonda — efekt byłby bardziej spektakularny.
Trochę nakręcony przez żonę, a trochę z powodu wściekłości na ciasnotę naszego obecnego lokum, zacząłem kilka miesięcy temu rozglądać się za jakąś ładną, dużą i tanią działką budowlaną w okolicach naszego Wołomina. Początkowo liczyłem się z wydatkiem rzędu 130.000 złotych, ale doznałem bardzo bolesnego zderzenia z rzeczywistością i musiałem podnieść tę kwotę do 200.000, żeby spełnić przynajmniej dwa z trzech wspomnianych wcześniej warunków. To, co prawda, nie stawia pod znakiem zapytania całej inwestycji, a jedynie przesuwa ją w czasie o kilka lat — spłacenie takiego kredytu zajmie trochę więcej czasu, ot, ze trzy, cztery lata... Biorąc pod uwagę, że i tak nie zacznę budować domu przed 40-tką, to niewielkie opóźnienie. I tak skończę będąc już zbyt starym, by organizować tam dzikie melanże, prawdopodobnie poprzestaniemy na garden parties w gronie podobnych nam tetryków.
Problem zaczął się, kiedy pojawiły się pierwsze działki do obejrzenia — trzeba rzucić wszystko, żeby obejrzeć, co pani agenta znajdzie, a tu jeszcze koleżanka małżonka mówi, że jej nie pasuje. Gdybyśmy jeszcze mieli samochód, to moglibyśmy się umawiać na oglądanie wtedy, kiedy nam wygodnie, a nie wtedy, kiedy możemy zostać zawiezieni przez panią agentę. Sam nie pojadę, razem nie pojedziemy, ktoś jednak musi, a w końcu i tak muszą wszyscy. Ale to był mały pikuś.
Duży pikuś pojawił się wtedy, gdy koleżanka małżonka zobaczyła koszty kredytu. Niby wcale nie tak wiele, biorąc pod uwagę, ile zarabiamy i ile wydajemy, ale kwota sama w sobie robi wrażenie. No i zrobiła na małżonce. Zrobiła wrażenie takie, że kobieta uznała, że nas nie stać (pomimo tego, że stać nas bez specjalnych wyrzeczeń).
Uda się? Nie uda? Się zobaczy.
Zrobiłem dziś archiwum według miesięcy, przy czym trochę bardziej z ciekawości niż z rzeczywistej potrzeby użyłem pakietu Babel (chciałem mieć ładne nazwy miesięcy itd). Przy okazji znalazłem babola w ostatnim wydaniu, tymczasowo poprawiłem ręcznie żeby w ogóle działało. Poczułem się trochę zawiedziony, że tak zachwalany mi przez kolegów pakiet (i w wersji 0.9.1, a taki numerek powinien już zobowiązywać) nie ma testów, które potrafiłyby wykryć taki problem. Ale co ja psioczę, moje projekty w ogóle nie mają testów... ;)
A na razie cieszę się tym nowym, wspaniałym archiwum i już spoglądam w przyszłość, co następne w kolejce do zrobienia.
Niewielka pociecha z tego piątku... Po całym tygodniu ciągłego stresu nie mam siły zająć się swoimi sprawami. Przyjdę do domu i może zrobię archiwum do tego bloga. O ile wystarczy mi na to siły.
Jeszcze dziś rano miałem masę pomysłów na zabawne ficzery, które mógłbym tutaj dorobić... ale po 17 (i po całym dniu pracy) już mi się nie chce. Może sobota lub niedziela będą bardziej łaskawe dla Pythona i Django. ;)
Zakończyliśmy wreszcie aktualizowanie aplikacji. Trwało to 4 dni, od poniedziałku po południu do czwartku po południu. Kiedy wreszcie nam się udało, po trzech nieudanych podejściach, miałem mózg jak gąbka. Nie takie coś do kąpieli, lecz jak to stworzenie, co żyje w morzu. Gąbka, jedno z najbardziej prymitywnych stworzeń wielokomórkowych. A potem poszedłem się spotkać z kolegą, żeby go przekonać do pracy u nas i zupełnie się już wyluzowałem.
Nie obchodzi mnie, co będzie jutro, na pewno nie będzie gorzej, niż było przez ostatnie 3 dni. To znaczy, że będzie całkiem dobrze.
Nie miałem dotąd wielkiej możliwości nadzorowania aktualizacji oprogramowania na serwerach u klienta... ale zawsze musi być ten pierwszy raz. W końcu jestem dyrektorem aplikacji. ;)
Na szczęście aplikacja nie jest duża. Na szczęście nie jest bardzo poważna. Na nieszczęście jest dość skomplikowana w swojej architekturze.
Zaczęło się ponownie od tego, że wreszcie z początkiem 2007 roku znalazłem pracę, w której piszę w Pythonie (właściwie to w Django). Nie byłem do tej pory wielkim miłośnikiem programowania internetowego, ale Django mnie przekonało na tyle, że zachciało mi się zrobić coś własnego. Na pierwszy ogień, jak zwykle, poszedł silnik blogowy...
Gdy tylko okazało się, że za skromne pieniądze mogę mieć hostowaną aplikację Django na serwerze firmy megiteam.pl, to długo się nie zastanawiałem. Wykupiłem sobie konto na rok i... voila! Jest. Zaczyna się oczywiście od bloga, ale przecież nie musi się na tym skończyć. Serwer jest, czas może się znajdzie, aplikacja (czy nawet aplikacje) mają szanse dojrzeć.
I znowu mam bloga. Takiego poważnego, z całym szacunkiem. Tyle, że tym razem jest on w nieustającej fazie rozwoju. Wysupłałem trochę grosza i mam - własny hosting z Pythonem/Django...