Niedobór

Bardzo brakuje mi w naszym pięknym kraju porządnej, stabilnej gazety codziennej o profilu konserwatywnym. Pewne nadzieje pokładałem w dzienniku Polska, podobno powstającym we współpracy z The Times (co mi właśnie tak konserwatywnie wróżyło), a wydawanym przez Polskapresse. Kupiłem dzisiaj numer i zrozumiałem, że to była daremna nadzieja. To będzie kolejny dziennik o linii umiarkowanie prorządowej, podobnie jak springerowski Dziennik. Przykre. Gazeta Polska pozostaje jedyną gazetą o akceptowalnej linii politycznej, największa szkoda w tym, że nie jest dziennikiem.

Rzeczpospolita

Wszyscy w TVN się cieszą, że oto skończyła się czwarta, ale nikt jakoś nie rzucił pomysłu, żeby teraz była piąta. Znaczy co, znowu jest trzecia?

Wartości domyślne zdają się nie być tym, czym są...

Subtelna różnica, która może okazać się zdradliwa... Gdy definiuje się wartość domyślną dla któregoś z atrybutów modelu w Django, jest ona ustawiana w momencie kompilowania modułu. Niepotrzebna para nawiasów w tym miejscu spowoduje, że zamiast wyniku wywołania jakiejś funkcji w momencie tworzenia egzeplarza klasy, wstawiona zostanie stała wartość, obliczona w momencie kompilacji modułu (czyli najczęściej przy uruchomieniu aplikacji). Warto jest się zastanowić, czy właśnie tego się chce, bo default=datetime.datetime.now daje inny wynik, niż default=datetime.datetime.now().

Web3.0? Nie, dziękuję.

Spotkałem się w niedzielę z pewnym człowiekiem... Zaproponował mi wzięcie udziału w dużym, celującym wysoko międzynarodowym projekcie serwisu, oczywiście nie za darmo. Sama propozycja bardzo mile podłechtała moją próżność (podobnie jak kilka miesięcy wcześniejsza propozycja wzięcia udziału w rekrutacji do Google), więc bardzo się nie opierałem przed osobistym spotkaniem, pomimo tego, że miało ono nastąpić w sobotę lub w niedzielę. Katalizatorem dobrego nastawienia do propozycji było to, że człowiek ten przyjechał specjalnie w niedzielę z Krakowa, żeby spotkać się ze mną i z jeszcze jedną osobą z nieodległej firmy (technologicznie i geograficznie), którą też chciał w ten projekt wciągnąć. Umówiliśmy się na 17:00 w Złotych Tarasach, żeby omówić projekt i kilka wstępnych ustaleń.

Człowiek okazał się bardzo miłym młodzieńcem, naprawdę zapalonym do swojego pomysłu. Przedstawił swoją wizję dość klarownie, jednak próba pokazania mi działającego dema zakończyła się katastrofą i nie zobaczyłem nic, oprócz strony z debugiem błędu w Django. Pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasunęło, to katastrofa, której doznaliśmy w lipcu, gdy próbowaliśmy pokazać klientowi aplikację na Węgrzech — wtedy przez 5 minut było OK, ale potem wszystko zaczęło się walić. Tutaj nie było nawet tych pięciu minut, co przy założeniu, że aplikacja ma być gotowa za miesiąc, oznaczać może tylko jedno — stan aplikacji jest bardziej niż niepokojący. Z innych rzeczy pozaproduktowych, kwestię finansową przemilczę, bo moja matka twierdzi, że przewróciło mi się w głowie i straciłem kontakt z rzeczywistością. Wystarczy że napiszę, że nie miałbym lepiej, niż mam teraz.

A teraz o samym produkcie. Nie poruszyła mnie jego idea. Być może jestem za stary na takie gwizdki, być może przez cały czas myślę jak człowiek z trzeciego świata, ale faktem jest, że nie poruszyła mnie wizja milionów ludzi płacących po $10 rocznie za coś, co tylko podbudowuje ich ego. Bardzo możliwe, że w ten sposób działają nastolatki, bardzo też możliwe, że postępujące otumanienie społeczeństw konsumpcyjnych idzie w parze z zatrzymaniem rozwoju mentalnego na poziomie nastolatków. Wiem, że można na tym robić pieniądze (vide przykład MySpace czy Facebook) i to nawet ogromne, jednak nie przekonuje mnie to. Wydaje mi się, że na długi czas zatrzymałem się na poziomie Web1.0 i z dużym trudem doszlusowałem do poziomu Web2.0, nie połykając go w całości jak leci, a jedynie przyswajając sobie kluczowe idee. Z każdą kolejną iteracją główna idea internetu wydaje mi się odchodzić w kierunku coraz głębszego autyzmu, a projekt przedstawiony przez tego człowieka wydaje mi się tak autystyczny, że bardziej już nie można. Więcej o filozoficznych podstawach mojego poglądu na rozwój internetu pewnie jeszcze kiedyś napiszę.

Konkudując w skrócie, mam jeszcze kilka godzin na zastanowienie się, ale nie przypuszczam, żeby cokolwiek było w stanie zmienić moją decyzję. Nie wchodzę w to.

Naprawili na gorsze

Zaktualizowałem sobie [Ubuntu[(http://www.ubuntu.com/) w moim domowym lapku z 7.04 (z którego byłem więcej niż zadowolony) do najnowszego 7.10 i od kilku dni mam nieodparte wrażenie, że to już raz było, że podobne rzeczy działy się półtora roku temu, gdy po dwóch miesiącach opóźnienia pojawiła się wersja 6.06, która podobno dopracowaniem miała na głowę pobić wszystko, co widziano w świecie linuksa. Po zainstalowaniu tamtej wersji nagle mój laptop zaczął się grzać, niemiłosiernie hałasował, a system zaskakiwał mnie co chwilę swoimi idiosynkrazjami typu zużycie 100% mocy procesora co kilka sekund.

Teraz jest tak samo. Hałasuje, grzeje się, bateria ładuje się całe wieki, a poprawiony silnik renderowania czcionek TrueType w efekcie daje rozmyty, ohydny i męczący na dłuższą metę obraz. Jestem coraz bardziej przekonany, że powrót do 7.04 jest tylko kwestią czasu.

Duma i niezadowolenie

Zawsze mnie zastanawiało, skąd się biorą badziewne serwisy WWW, zrobione na zasadzie prawie jak..., po których natychmiast widać, że są marną podróbką czegoś-tam. Wydawało mi się, że pomimo różnic w przymiotach intelektualnych (nie, nie jesteśmy sobie równi pod tym względem), istnieje pewien minimalny poziom dobrego smaku połączony z minimalnym poziomem rozsądku, którym posługuje się przytłaczająca większość ludzkości i takie wpadki nie są wynikiem celowego działania, bo przecież nikt specjalnie nie strzelałby sobie w stopę. No i właśnie niedawno doznałem zderzenia z rzeczywistością. Nie ma czegoś takiego. Zasada wydaje się prosta — jeżeli jest jakaś głupota, której klient może sobie zażyczyć, to sobie zażyczy. Można próbować mu wyperswadować taki pomysł, można próbować podsuwać mu rozsądne rozwiązania, które zmniejszą poziom głupoty jego propozycji, ale trzeba założyć, że skutek tego będzie żaden. W dodaku, raz wszedłszy na ścieżkę produkcji g*wna, nie da się z niej zejść tak łatwo i dodawanie kolejnych ficzerów powoduje tylko narastanie tej sterty. W takim przypadku trzeba się cofnąć o te kilka kroków, naprawić popełnione wcześniej błędy (najczęściej przez usunięcie tego, co kontrowersyjne) i dopiero wtedy można mówić o uwolnieniu się.

Jestem rozgoryczony, to prawda. Niewiele brakowało, a byłby serwis WWW, którym mógłbym się pochwalić znajomym i być z niego dumny na zasadzie jam ci to sprawił. I g*wno. Z powodu idiotycznych żądań klienta musieliśmy zrobić z niego koszmarek i nie dało się tego wyperswadować, nie dało się też przekonać klienta do naszych propozycji. Patrząc od strony biznesowej wszystko niby jest w porządku, pieniądze przepłynęły z jednego konta na drugie, klient jest zadowolony, firma jest zadowolona — ale ja nie jestem. Przez cały czas mam wrażenie, że przyłożyłem rękę do produkcji szajsu. którego jeszcze długo będę się wstydził, bo przecież nikogo tak naprawdę nie interesuje, ile włożyłem w to zaangażowania i pracy, przecież tak naprawdę liczy się efekt końcowy. W tym przypadku — opłakany i jest to oczywiste dla każdego, kto w internecie spędza trochę więcej czasu, niż trzeba na przejrzenie newsów na BBC, CNN czy Onecie. Pół roku pracy bez efektu, z którego można być zadowolonym już raz doprowadziło do tego, że zmieniłem pracę (a warunki na rynku pracy wtedy były znacznie gorsze niż teraz). Niestety, po około 10 latach pracy w branży nie spodziewam się, by gdziekolwiek sytuacja przedstawiała się lepiej. No, może tylko w Google, ale też pewien nie jestem...

A co gorsza, utknąłem w tym szajsie na dobre, trochę przez swoje wcześniej wspomniane zaangażowanie, a trochę z powodu braku zasobów. Pociesza mnie tylko to, że to wciąż Python.

More power to the people

Będąc code junkie (jak o nas mawiają marketoidy), nie mogę się powstrzymać, żeby czegoś nie ulepszyć (co wcale nie jest zepsute). Przyszło mi do głowy, że mógłbym poćwiczyć z OpenID, więc należy się spodziewać, że wkrótce gdzieś na stronie pojawi się charakterystyczny symbol i posiadacze OpenID będą mogli się wcielić w jakąś specjalną rolę w serwisie. Jeszcze nie wiem jaką, ale będę musiał coś wymyślić, żeby wynagrodzić im wszystkie trudy... ;)

Wybory jak software release

Albo nagle wszyscy testerzy ruszyli do testowania aplikacji, albo rzeczywiście z tym wydaniem jest naprawdę coś nie w porządku. Ale frekwencja nieco ponad 50% przecież nie jest niczym niezwykłym, skąd więc aż takie problemy?

W każdym razie, ja zamierzam spać spokojnie tej nocy, tak samo, jak i do tej pory. Czego i wszystkim innym życzę.

Prawda jest jedna

Prawda jest jedna, absolutna i powszechna. Ci, co mówią, że prawd jest wiele, jak wiele jest ludzi, kłamią. Zasadniczo dlatego, że nie odróżniają faktów od interpretacji...

Ćwiczenia z Pratchetta

Moja córka ma 3 lata (no, prawie 3 i pół). Jak każde dziecko lubi, żeby jej opowiadać bajki. Kilka dni temu nieopatrznie zagaiłem, że mógłbym jej opowiedzieć historię o tym, jak niania Ogg i babcia Weatherwax pojechały do Ankh Morpork zwerbować trzecią czarownicę do zespołu... No i zaczęło się. Wczoraj musiałem opowiadać o upiorze w gmachu opery. Dzisiaj chciała, żebym opowiedział, jak doszło do tego, że w Ankh Morpork zjawił się Enrico Basilica. Mam tych opowieści jeszcze na dwa wieczory, a potem będę musiał kupić kolejne książki Pratchetta, żeby znowu mieć, co opowiadać.

Dla miłośników konkursów pytanie: z jakiej powieści opowiadam teraz historie? A dla miłośników głosowań kolejne: którą książkę Pratchetta mam przeczytać jako następną?

Ładowanie...