Poprzedni wpis (Mam szczęście do szatanów) | Następny wpis (Koniec darmowych obiadków)

Zmień wóz na bus? Nie ma mowy!

Z wielką determinacją staram się o to, by wreszcie nie musieć poruszać się po Warszawie i okolicach używając komunikacji publicznej. Nigdy nie przeżywałem orgazmu z powodu tego, że jestem nowoczesny, względnie eko, a zawsze przeszkadzało mi to, że komunikacja publiczna po prostu jest taka, jak cała nasza rzeczywistość — czyli z przymrużeniem oka. Bo komunikacja publiczna obsysa na maksa (i proszę mi nie opowiadać, że gdzieś w Polsce jest jeszcze gorzej, bo prawdę mówiąc inne miejsca w Polsce guzik mnie obchodzą). Jeżeli miałbym ją określić jednym słowem, to byłoby to "czekanie" — poruszanie się po Warszawie używając miejskiej komunikacji naziemnej polega głownie na czekaniu (wyjątkiem jest metro, ale od jakiegoś czasu nie zaliczam się do szczęściarzy, co dojeżdżają do pracy metrem). Bardzo proszę przykład:

  • wychodzę z domu o 07:20, żeby jechać pociągiem 07:31 do Warszawy Wileńskiej, zakładany realistycznie czas dotarcia do pracy to 08:30;
  • na dworcu około 07:30 słyszę skrzeczenie megafonu, a to oznacza, że pociąg będzie dopiero za 15 minut (nie mam co liczyć na to, że ten, który miał przyjechać o 07:41 będzie o czasie...);
  • pociąg przyjeżdża około 07:45, na szczęście luźny;
  • 08:10 na dworcu Wileńskim, niecałe 15 minut opóźnienia, więc plany wcześniejszego przyjechania do pracy biorą w łeb, ale przynajmniej się nie spóźnię;
  • 08:15 jestem na przystanku autobusowym i zaczyna się czekanie na autobus 135 lub 509 (dobrze, że są 2...);
  • około 08:30 przyjeżdża 135, szanse na to, że się nie spóźnię topnieją w oczach;
  • o 08:50 wysiadam ze 135 na przystanku przy CNPEP Radwar, od pracy dzieli mnie 2 przystanki ale długie, więc nie będę próbował zasuwać piechotą;
  • 08:57 - przyjeżdża jakiś autobus, który zawiezie mnie do Promenady;
  • o 09:10 wysiadam z windy na moim piętrze, spóźniłem się 10 minut, ale jak się okazuje, wszyscy inni spóźnią się jeszcze więcej.

Z prawie dwóch godzin drogi do pracy, 40 minut spędziłem na czekaniu. Doliczając łażenie między dworcami i przystankami zrobi się z tego godzina. Biorąc pod uwagę, że na Pragę w okolicę ulicy Ząbkowskiej samochodem dojadę w 35-40 minut, to mam szansę zaoszczędzić co najmniej 45 minut, które do tej pory spędzam na czekaniu — zimą na mrozie, latem w upale, a o każdej porze roku ewentualnie w deszczu.

Niech wóz na bus zmieniają młodsi i ci, którym się nie spieszy.

Komentarze (10)

#1 Daniel skomentował(-a) 18 lutego 2009 o 10:07

Pan to ma dobry dojazd ;-)

#2 jarek skomentował(-a) 18 lutego 2009 o 10:31

Nie, nie mam. To, że inni mają gorszy jeszcze nie oznacza, że mam "dobry".

#3 fredd4 skomentował(-a) 18 lutego 2009 o 10:46

Uroki życia we Warszawie ;)

#4 zh skomentował(-a) 18 lutego 2009 o 21:40

Na zadupiu mieszkasz, na zadupiu pracujesz, więc nie ma się czemu dziwić ;P

#5 skomentował(-a) 19 lutego 2009 o 09:15

@zh
o ile wiem Ty też na zadupiu mieszkasz? to prawda ze u was na noc asfalt zwijają?

#6 argh skomentował(-a) 19 lutego 2009 o 11:11

flejm! flejm! :)

#7 eliasz skomentował(-a) 20 lutego 2009 o 22:29

"i proszę mi nie opowiadać, że gdzieś w Polsce jest jeszcze gorzej"

Nie proszę Pana.. gdzieś w Polsce jest dużo lepiej.. i możesz tylko pozazdrościc, a jak Ci się nie podoba to popychaj na nogach..

#8 artifex skomentował(-a) 21 lutego 2009 o 13:46

"prawdę mówiąc inne miejsca w Polsce guzik mnie obchodzą"...

To sie nazywa - Warszafka ;)

#9 jarek skomentował(-a) 21 lutego 2009 o 17:12

Jestem głęboko wzruszony faktem, że mieszkańcy całej Polski przejmują się tym, jak przedstawia się sytuacja publicznej komunikacji w Warszawie. Jesteście boscy.

#10 mtod skomentował(-a) 22 lutego 2009 o 20:11

hah, gratuluję czytelników :)

Ładowanie...