Poprzedni wpis (Reisefieber, ponownie) | Następny wpis (Rozterki wieku średniego)
Samochodem po wyspach greckich
Po kolejnym urlopie spędzonym na greckich wyspach (tym razem Kos w Dodekanezie) mogę napisać cokolwiek o realiach poruszania się po tym kraju samochodem.
Drogi w Grecji nie są najwyższej jakości, daleko im do kontynentalnego standardu, jednak i tak są w znacząco lepszym stanie niż większość dróg w Polsce. Nawet po wykopkach są lepiej łatane niż u nas co ogólnie sprawia, że jeździ się tam przyjemnie. Nie miałem okazji przejechać się tamtejszą autostradą, co najwyżej express route — szeroką, ale bez wyznaczonych pasów ruchu w jedną stronę. Na zwykłych drogach zwykle nie ma linii oddzielających pasy ruchu w przeciwne strony, a na tej: podwójna ciągła. Wyprzedzanie jednak było możliwe, jednak nikt z tamtejszych kierowców nie przykładał się do włączania kierunkowskazów przy wyprzedzaniu, bo i po co, skoro nie przejeżdża się na inny pas?
O traktowaniu przepisów ruchu drogowego przez Greków napisano już pewnie wiele, ja jednak dodam i moje spostrzeżenie: klakson jest w stanie zastąpić każdą rzecz w samochodzie, poczynając od kierunkowskazów, a na pedale hamulca kończąc. W zasadzie jak zauważyłem jedynym respektowanym znakiem drogowym w Grecji jest... znak ograniczenia prędkości. I to mnie ogromnie dziwi, Polacy u siebie nie pozwoliliby sobie na takie przeoczenie, a Grecy pokornie zwalniają tyle, ile wymagane — i nie ma, że "wolno 40, ale pojadę 50, bo co to za różnica?", jak jest 40, to wszyscy grzecznie 40, a wyścig zaczyna się po zakończeniu ograniczenia i trwa... do następnego ograniczenia. Czyli w sumie krótko, bo przynajmniej na wyspach ograniczenia poustawiane są gęsto (podobnie jak plansze ostrzegające "don't loose your life speeding!"). Wszystkie inne znaki są traktowane co najwyżej jak sugestia lub pobożne życzenie (na rondzie jedzie się w prawo, chyba że trzeba pojechać w lewo, żeby np.... zaparkować!). Luzactwo widać także w informacjach o odległościach na znakach informacyjnych. Lepiej nie jeździć na rezerwie, bo może się okazać, że stacja benzynowa, która miała być za 1500m owszem, jest, ale nie można na nią wjechać, a następna, która ma być za 500m tak naprawdę kiedyś tam była, ale potem przeniosła się 5km dalej...
Luzactwo Greków przejawia się też w tym, czym jeżdżą. Mało kto zwraca uwagę na to, czy samochód jest czysty i czy dobrze wygląda, ważne że jedzie i nie odpadają mu koła. Drogi zapełniają auta, które w Polsce zasłużyłyby jedynie na prychnięcie i pogardliwe miano padliny — tam nikt się tym szczególnie nie przejmuje. Do tego otwarte okna, żeby móc się pozdrawiać i przekrzykiwać z innymi uczestnikami dróg (na pieszych się nie trąbi, na pieszych się krzyczy), grecka muzyka na full sicher i można jechać. Nie powiem, podoba mi się to o wiele bardziej, niż kontynentalne sztywniactwo i powaga podczas jazdy. Po powrocie stamtąd jadąc do pracy czułem się jakbym jechał w kondukcie pogrzebowym.
Jeżeli chodzi o różnice w przepisach, to są one drugorzędne, ale w stosowaniu ich już nie. Na drogach praktycznie nie spotyka się znaku A-7 "ustąp pierwszeństwa przejazdu", za to przy skrzyżowaniach stoją znaki B-20 "stop" (znacznie mniejsze, niż w Polsce!). Różnica najważniejsza jest taka, że przy rondach stoją znaki C-12 "ruch okrężny", ale bez zwykle towarzyszącego mu w Polsce znaku A-7 "ustąp pierwszeństwa przejazdu" co oznacza, że stosuje się tam zwyczajną regułę prawej strony — pierwszeństwo mają pojazdy wjeżdżające na rondo, a nie te, które już się na nim znajdują. Znak oznaczający początek obszaru zabudowanego to biała tablica z niebiesą obwódką i z nazwą miejscowości, a koniec oznacza podobna tablica z czeronym ukośnym przekreśleniem. Znaki ostrzegawcze mają białe tło, a nie jak w Polsce żółte.
I na zakończenie ciekawostka z miasta Kos. Niech mi ktoś powie, jakie jest przeznaczenie sygnalizatora ze sterowaniem przez pieszych na tym skrzyżowaniu? Ja nie mogłem wyjść ze zdziwienia...


