Car for 1 day: Hyundai Accent

Kilka dni temu moim samochodem na jeden dzień był Hyundai Accent GLS 1.4i. Przejechałem nim około 300km w różnych warunkach — górskie podrzędne dróżki, droga ekspresowa, kawałek autostrady i śródziemnomorskie miasto. W sumie w fotelu kierowcy spędziłem około 5 godzin, wydaje mi się, że daje mi to pewne uprawnienia do wypowiadania opinii na temat tego samochodu.

A moja opinia jest absolutnie, całkowicie, stuprocentowo negatywna. Ten samochód jest obrzydliwy. Wręcz ohydnie obrzydliwy. Samochód jednoznacznie na nie.

Wygląd zewnętrzny nie zapowiada aż tak negatywnej oceny. Ot, taki sobie nudziarski sedanik, typowe auto dla klasy średniej trzeciego świata. Koszmar zaczyna się w momencie, gdy się zasiada w fotelu. Naokoło morze, wręcz ocean szarego plastiku. Jasno szary, twardy plastik o który można sobie nabić guza, twarda plastikowa kierownica, wszystko czego nie dotkniesz jest szaro-twardo-plastikowe. Jakie to potwornie smutne, okropne wnętrze!

A teraz zamykasz drzwi i słyszysz dźwięk... Wartburga 353w? Blaszanego pudełka obitego jakąś szmatą. Ten sam dźwięk słychać nawet wtedy, gdy się składa osłonę przeciwsłoneczną. Punkt drugi i druga porażka. Drzwi, bagażnik, maska, wszystko co daje się otworzyć i zamknąć, w końcu wyda ten dźwięk.

Jest już obrzydliwie, więc odpalamy tego prawie stukonnego potwora pod maską. Dźwięk silnika pasuje dokładnie do wyglądu wnętrza i pozostałych dźwięków wydawanych przez ten samochód. Wysoki, jazgoczący, bardzo szybko wchodzi w zakresy zbliżone do wizgu. Ruszamy, lekko kopnięty gaz i obroty żwawo lecą do 2000 i... nic. Zupełnie nic. Dźwięk coraz wyższy, silnik już wyje, a samochód nie jedzie. O co chodzi?! Próbujemy jeszcze raz, IV bieg, 2000 obr./min., prędkość ok. 55 km/h, dodaję gazu — obroty rosną, silnik wyje, a auto nie przyspiesza. W kabinie nie da się już wytrzymać, gdy na obrotomierzu widać 3000 obr./min. i coś jakby drgnęło, ale wibracje i hałas są nie do wytrzymania, więc wypada jednak zmienić bieg. Nic jednak z tego momentu obrotowego nie będzie.

Na szczęście nie muszę jeździć tym obrzydlistwem na co dzień.

Mądrości Google

Nie wiesz? Zapytaj Google! Może nie otrzymasz odpowiedzi na swoje pytanie, ale na pewno otrzymasz jakieś odpowiedzi na inne pytania, pewnie nawet ciekawsze...

Kto mnie dziś próbował zabić

Dziś jeszcze nikt. Może dlatego, że ogólnie rano ruch na ulicach Warszawy był raczej nieporażąjący intensywnością — z Bródna do Promenady na Ostrobramską (przez Ząbki i Chełmżyńską) udało mi się przejechać w około pół godziny, to wynik lepszy od przeciętnego o jakieś 15 minut. Oczywiście, paru idiotów po drodze spotkałem, ale nie zagrozili bezpośrednio mojemu bezpieczeństwu. Niestety, zagrozili bezpieczeństwu innych.

Bazyliańska

Na ulicy Bazyliańskiej w kierunku skrzyżowania z Wysockiego ruch w każdą stronę odbywa się po jednym pasie, a przestrzeń między kierunkami ruchu jest w zależności od miejsca albo pasem do skrętu w lewo, albo pasem rozbiegowym po skręcie w lewo w Bazyliańską, albo obszarem wyłączonym z ruchu. Nie brakuje jednak wsioków (przede wszystkim repów w Focusach i Astrach, ale i różni cywilni nie są lepsi), którzy z tej części ulicy robią sobie "lewy pas". I jadą, nie zważając po kolei na:

  • nakaz skrętu z pasa w lewo
  • to, że pas jest pasem do ruchu w kierunku przeciwnym
  • to, że powierzchnia jest wyłączona z ruchu
  • to, że ponownie pas jest pasem do ruchu w kierunku przeciwnym
  • i ponownie nakaz skrętu z pasa w lewo

Cały ten koncert buractwa kończy się koniecznością objechania wysepki przejścia dla pieszych, oczywiście jadąc pod prąd pasem dla ruchu w kierunku skrzyżowania z Rembielińską. Potem wystarczy już tylko wjechać na pas przeznaczony do skrętu w lewo w Wysockiego i... skręcić z niego w prawo.

Chełmżyńska

Przejazd kolejowy na Chełmżyńskiej to według mnie jedno z bardziej niebezpiecznych miejsc tego rodzaju w Warszawie. I nie ma wielkiego znaczenia to, że jest to przejazd strzeżony, z pełnymi zaporami opuszczanymi przy dozorze człowieka w budce obok zapór. Ruch na szlaku kolejowym między Rembertowem a stacją Warszawa Wschodnia jest bardzo intensywny i zawsze tworzą sie tam wielkie zatory, które skutkują kilkunasto- lub nawet kilkudziesięciominutowymi przestojami. A teraz trochę opisu słowno-muzycznego tego chorego miejsca (patrząc od strony Kawęczyna):

  • tuż przed przejazdem (dosłownie 3-4 metry przed zaporami!) jest przelotowe skrzyżowanie z ulicą Strażacką, na którą jest kierowany tranzyt samochodów ciężarowych w kierunku Lublina, a ze Strażackiej wyjeżdżają śmieciarki ze spalarni oraz kurierzy kilku firm, które mieszczą się w okolicy
  • tuż za przejazdem (w podobnej odległości od zapór!) jest skrzyżowanie z ulicą Chłopickiego, którą prowadzi skrót do placu Szembeka
  • na Chełmżyńskiej w kierunku Kawęczyna jest zakaz skrętu w lewo w Strażacką (tuż za przejazdem), ale nie ma zakazu skrętu w lewo z Chełmżyńskiej w Strażacką w kierunku przeciwnym (Marsa)

A jak to wygląda na żywo?

  • w kierunku Marsa przed przejazdem ciężarówki albo blokują przejazd przez tory czekając na możliwość skrętu w lewo w Strażacką, albo wymuszają pierwszeństwo przejazdu, blokując na torach pojazdy jadące w kierunku Kawęczyna
  • w kierunku Marsa za przejazdem skręcający z Chłopickiego w lewo w Chełmżyńską wymuszają pierwszeństwo przejazdu, blokując na torach pojazdy jadące w kiedunku Marsa
  • w kierunku Kawęczyna za przejazdem zawsze znajdzie się jakaś ciota, która pomimo zakazu zapragnie skręcić w lewo w Strażacką, blokując na torach pojazdy jadące za nią

Gwoli przypomnienia, cały ten cyrk odbywa się na przejeździe kolejowym, na szlaku, na którym pociąg przejeżdża przeciętnie co 2-3 minuty. Dróżnik może opóźnić zamykanie zapór, żeby umożliwić zjechanie z przjazdu, ale to zjechanie musi być możliwe — czyli skrzyżowanie po drugiej stronie przejazdu nie może być zablokowane. Jak na moje oko to jest tu trochę za dużo wymagań do spełnienia jednocześnie, by można było mówić o bezpiecznym przejechaniu przez ten przejazd (i 2 skrzyżowania!).

Ogólnie najwięcej zamieszania w tym rejonie wprowadziło otwarcie przejazdu ulicą Strażacką w kierunku Targówka Przemysłowego, przedtem ruch na skrzyżowaniu Chełmżyńskiej i Strażackiej był mizerny i raczej dotyczył skręcania ze Strażackiej w Chełmżyńską. Teraz codziennie jest tam straszliwy sajgon, a sytuacja chyba ma szansę poprawić się dopiero wtedy, gdy dojdzie tam do jakiegoś tragicznego wypadku.

I co dalej? Gdzie jest Policja?

Takich miejsc w Warszawie (i w każdym innym mieście) na pewno jest o wiele, wiele więcej. Każde z nich jest potencjalnie niebezpieczne, ale nie tak niebezpieczne, jak to niebezpieczne są skrzyżowania, na których nalezy przecież zachować wzmożoną ostrożność. Te miejsca są śmiertelnie niebezpieczne i tym bardziej dziwi mnie nieobecność Policji w tych okolicach. W ten właśnie sposób Policja zamiast być elementem systemu poprawy bezpieczeństwa na drogach, staje się czynnikiem zwielokrotniającym niebezpieczeństwo.

Dalej

Z okazji 40-tego roku życia postanowiłem zrobić coś ciekawego z moim życiem. To znaczy zrobić prawo jazdy kategorii A i kupić sobie motocykl na stare lata.

Motocykl, który będzie odzwierciedlał moje upodobania, odpowiadał moim potrzebom emocjonalnym i wypełniał to, czego nie jest mi w stanie wypełnić najfajniejsze kombi, jakim do tej pory jeździłem, czyli Volvo V40 2.0T.

To będzie królowa polnych dróg, Honda XRV 750 Africa Twin, albo nieco mniej offroadowa a więcej szosowa jej krewniaczka Honda Transalp (pewnie skończy się na silniku 650ccm). Z pewnym naciskiem na opcję nr 2, to znaczy Transalpa, bo jednak więcej będzie jeżdżenia po twardych drogach, chociaż jeszcze chyba przez długi czas dziurawych. Albo coś innego, podobnego, bo jeszcze trochę czasu zostało. W każdym razie, kierunek to duże turystyczne enduro i tego się będę trzymał.

W każdym razie — najpierw trzeba się zapisać na kurs, odbyć (baczność!) szkolenie zasadnicze (spocznij!), a wreszcie zdać egzamin. Uda się? Pewnie, że się uda!

Ładowanie...