Poprzedni wpis (Drogi panie burmistrzu...) | Następny wpis (Kto pamięta?)

Dziwne piwa

Im więcej mam do czynienia z piwowarstwem, tym bardziej mnie ciągnie żeby uwarzyć coś dziwnego (nie to żeby mi się już przejadło to co zrobiłem do tej pory...). Przeglądam sobie receptury i pomysły i się klaruje.

  • Gose odpada, niby kwaśne (więc może być fajne), ale przy okazji słone. Brr. Nie to żeby od razu zbierało mi się na wymioty, ale jakoś nie potrafię sobie tego wyobrazić. Ale to jest dziwactwo pierwszej wody.
  • Smak Berliner Weisse pamiętam dość dobrze, ale zawsze piłem go z sokiem i nie wiem, czy zniósłbym go bez soku. Poza tym, lato już się kończy, a to jest typowe damskie piwo na upały. Wpada do planów na przyszłą wiosnę.
  • Wędzone piwa mi nie podchodzą, czyli odpadają Rauchbiery i Grodzisz niestety też, pijąc wędzone marcowe czułem się jakbym pił wodę z gotowania boczku. Nie żebym miał coś przeciwko boczkowi, ale po co robić piwo, którego nie będę w stanie wypić ani ja, ani nikt z mojej rodziny?
  • Kellerbier i Zwickl zdają się być dobrym kandydatem — mętne, z aromatem lekko palonych wiórków dębowych, hmm... Jeżeli jeszcze będą dość treściwe to może być hit tej zimy.

Ale to za jakiś czas. Cel na teraz to gryczane, a także, na zamówienie kolegów z pracy, w małej porcji lukrecjowe (pewnie skończy się na Alcie rozdzielonym na dwie nastawy, bez i z lukrecją). A także pierwszy angol — obiecany Dry (Irish) Stout. Trzeba też odrobić stratę warki, bo powoli robi się pusto w piwnicy — jakieś proste piwko bez wielkich aspiracji...

Ładowanie...