Piwo roku 2010 wg Browar.biz

Serwis Browar.biz jak co roku przeprowadził plebiscyt na piwo roku. Spory wysiłek został włożony w uporządkowanie poletka, które było dziedziną głosowania, w końcu odbyło się głosowanie i wreszcie mamy wyniki.

Nie będę komentował pozycji poszczególnych piw, ani porównywał ich z moimi typami (w większości kategorii rozbieżności były bardzo duże). Nie będę też analizował frekwencji. Porozwodzę się za to trochę nad sensownością samego plebiscytu.

Jeżeli przyjrzeć się ilości piw wystawionych do głosowania w poszczególnych kategoriach, to można zacząć mieć wątpliwości co do sensu głosowania we wszystkich kategoriach tematycznych poza jasnymi lagerami. Te dwie kategorie łącznie to było ponad 450 piw do wyboru, co warto porównać choćby z ilością pretendentów w kategorii ciemnych lagerów (67, a nawet po doliczeniu porterów nie będzie ich 100!), o piwach górnej fermentacji nie wspominając (31 łącznie jasnych i ciemnych). To jest ten czynnik, który wypada zatrważająco. Wydaje się, że w dziedzinie jasnych lagerów wybór jest całkiem spory, tyle że we wszystkich pozostałych kategoriach wyniki nie wskazują nawet na niszowość. To się nazywa monokultura. I niech mi nikt nie wmawia, że tego chce klient. Klient nie będzie chciał tego, czego mieć nie może, nie przyjdzie do sklepu i nie zapyta o coś, czego jak powszechnie wiadomo nie ma. "Jest może bitter z Ciechanowa? - Nie ma. - A kiedy będzie?" Nigdy nie będzie, bo Ciechanów nie robi takiego piwa. Gdybym nie wiedział, że Zawiercie Bursztynowe to (przynajmniej w zamyśle) bitter, to mało który sprzedawca będzie o tym wiedział, a jedyną informacją na to wskazującą jest wzmianka na kontrze. Bo i po co? Piwo to piwo, to ma jakieś rodzaje? Tak jak kiedyś ser był tylko "żółty albo biały", a na moją mamę pytającą w sklepie w latach 80-tych o gatunek sera patrzono jak na kosmitkę: "no jak to jaki to ser, żółty!". Sitwa browarów, hurtowników i sprzedawców pieczołowicie kultywuje polską piwną monokulturę jasnych lagerów (bo ciemne to może być Karmi dla kobiet! — pokazał to ostatnio wielki niewypał w postaci Kormorana Ciemnego).

Można się cieszyć ze zwycięstwa piwa o belgijskim rodowodzie. Można się cieszyć z udanego debiutu Żytniego z Konstancina. Moja radość jest jednak przytłumiona faktem, że żaden z małych browarów (którym przynajmniej teoretycznie powinno być łatwiej) nie próbuje zagospodarować leżącej odłogiem niszy piw górnej fermentacji. A już brak innowacyjności jest przerażający.

Chcemy bitterów, chcemy porterów górnej fermentacji, chcemy stoutów, chcemy belgijskich wynalazków, chcemy altbierów, chcemy mildów. Chcemy, by ktoś wreszcie pokazał kreatywność i zaproponował nam coś, czego jeszcze nie było!

No, dalej, mądrale. Zaskoczcie mnie czymś w 2011 roku.

Samochody naszych prezydentów

Jechałem sobie dziś rano do pracy niespiesznie, gdy w lusterku zobaczyłem... Bronka K.! W niebieskiej Octavii. I tak mnie coś naszło, żeby się zastanowić, jakie auto pasowałoby do każdego z naszych prezydentów?

  • Wojciech Jaruzelski: Wartburg 1.3, doskonała technologia z NRD, tylko trochę zepsuta kapitalistycznym silnikiem od Golfa (na szczęście przestarzałym);
  • Lech Wałęsa: Polonez 1.5 SLE w gazie, obowiązkowo pokrowce "w tygryska", szwagier miał;
  • Aleksander Kwaśniewski: Audi A4 B5 w tedeiku, burakowóz;
  • Lech Kaczyński: Volvo S60 2.4 170KM wolnossak w automacie, bo neutralny geopolitycznie, pozbawiony jakichkolwiek emocji (w tym turbosprężarki);
  • Bronisław Komorowski: Octavia 1.6 MPI w gazie, portret pamięciowy, z wyglądu podobny do nikogo.

Beczka śmiechu. :)

Każdy kolejny dzień...

...kiedy muszę pojechać do pracy komunikacją publiczną przekonuje mnie o tym, że przesiadka do samochodu (i nieużywanie komunikacji publicznej) jest najlepszą rzeczą, jaką zrobiłem w tym roku. A bardzo możliwe, że ogóle w moim prywatnym (pozarodzinnym i pozazawodowym) życiu. Syf, ścisk, brak punktualności i rzadkie kursowanie. Z każdą z tych rzeczy można coś zrobić żeby poprawić stan publicznej komunikacji w Warszawie, ale najwyraźniej decydenci mają to w dupie — lepiej jest utrudnić kierowcom prywatnych samochodów życie do tego stopnia, by przesiadka do śmierdzących, zatłoczonych i wiecznie spóźnionych autobusów okazała się mniejszym złem (od: stania w korkach, braku miejsca do zaparkowania auta, wysokim opłatom parkingowym, itd.).

To jest szantaż. I ja mu nie ulegnę.

Już mogę płacić haracze

Załatwiłem ostatnią sprawę, związaną z rejestrowaniem działalności gospodarczej. Po 27 dniach od złożenia wniosku o wpis do ewidencji mogę wreszcie w majestacie prawa płacić haracz okupantowi.

Walka z okupantem

...powoli zbliża się ku końcowi. Jeszcze jedna wizyta z deklaracją ZIPA w Zakładzie Utylizacji Staruszków (powiedzenie kolegi Lodka) i pozostanie mi jedynie comiesięczne opłacanie haraczy.

Naprawdę ulżyło mi, jak kobieta w Urzędzie Skarbowym powiedziała dziękuję, to już wszystko.

Gehenna zdąża ku końcowi

Dziś, 22 kwietnia 2009 dostałem wreszcie mój REGON. Po 3 (trzech!) tygodniach mogę zacząć normalną działalność gospodarczą. W stosunku to gorszej przeszłości jest to zysk na poziomie -14 dni (minus czternastu), co oznacza 14 dni straty.

Lepsze jutro było wczoraj.

Drogi krzyżowej przedsiębiorcy ciąg dalszy

Dziś nie wytrzymałem i zadzwoniłem do Urzędu Statystycznego w Warszawie dowiedzieć się, co się dzieje z moim numerem REGON (dla ustalenia uwagi: wniosek o wpis złożyłem 1 kwietnia, wpis odebrałem 8 kwietnia). Jak się okazuje, mój numer wypłynął z US 15 kwietnia zwykłą pocztą i do 20 kwietnia nie był w stanie pokonać 25 kilometrów do Wołomina.

Ale przynajmniej wiem, że istnieje...

To zaczyna być gehenna

Odebrałem dziś wpis do ewidencji działalności gospodarczej. Na moje pytanie o REGON pani w magistracie wzruszyła ramionami: "pewnie po świętach". OK. Dam radę prowadzić działalność gospodarczą przez 2-3 tygodnie bez REGON, chociaż raczej będzie to udawanie działalności.

W związku z tym, że nie mam REGON, odpadły mi odwiedziny w banku (na razie — bo przecież i tak będę musiał tam pójść). Podreptałem grzecznie do ZUS, a tam... Szkoda słów. Po pół godzinie czekania olałem sprawę i postanowiłem poprosić księgową o załatwienie tego za mnie, nawet za dodatkową opłatą. Ale rozmowa z księgową wyprowadziła mnie z iluzji — nawet z jej pomocą nie ominie mnie łażenie po urzędach.

Odechciewa mi się. Wszystko w lesie, choć trwa to już ponad tydzień, a miało być tak pięknie, jedno okienko i w'adza przyjazna przedsiębiorcy. Jak zwykle PO łże jak pies.

Jedno okienko, wciąż tylko jedno

Ciąg dalszy przejść, związanych z rejestracją działalności gospodarczej w tzw. jednym okienku.

Minął tydzień od złożenia wniosku o wpis do rejestru i rozpoczęcia działalności. Dziś miałem zgłosić siebie w ZUS do ubezpieczenia (nie wspomnę o tych wszystkich rzeczach, które jedno okienko pomija, a trzeba dodatkowo załatwić, mając już wpis do ewidencji i REGON), tymczasem pani w magistracie rozłożyła ręce: nie mamy pańskiego wpisu i co nam pan zrobi?. To tak, jakby asynchronicznie napisany program po wysłaniu danych czekał na kanale IO na informacje zwrotne — ja takiemu programiście porachowałbym wszystkie kości (ej, kto jest odpowiedzialny za TEN sralnik?).

Jutro kolejna wyprawa do Urzędu Miasta, a po niej trening biegów miejskich na trasie magistrat - ZUS - bank - magistrat - US. No, chyba, że wezmę rower...


Wyświetl większą mapę

"Jedno okienko"? Oczywiście, że jedno!

Od wczoraj obowiązuje ustawa, która miała przedsiębiorcom rozpoczynającym działalność ułatwić życie — wszystkie sprawy związane z rozpoczęciem działalności gospodarczej miały być załatwione podczas jednej wizyty w magistracie, przy jednym okienku właśnie. Wczoraj odwiedziłem mój Urząd Miasta, ale pani w tym jednym okienku poprosiła, żebym przyszedł następnego dnia, jeżeli mi się nie spieszy z rozpoczynaniem działalności (albo spieszy mi się dokądś), bo ona nie do końca wie, jak to wszystko pozałatwiać, pomimo tego, że była na jakimś szkoleniu i nawet jej instrukcję dali. Pobiedziłem się wczoraj wieczorem nad formularzem EDG-1 i przyszedłem dzisiaj rano...

Okienko faktycznie jest jedno. To znaczy — są dwa, ale tylko jedno czynne. Kolejka może nie była szczególnie długa, ale posuwała się potwornie wolno, bo pani przyjmująca druki przy każdej sprawie musiała dzwonić w przynajmniej jedno miejsce, żeby zasięgnąć dodatkowych informacji (do Urzędu Skarbowego albo do ZUS). A czasem musiała dzwonić w oba... Średni czas załatwienia jednego interesanta: około 60 minut. Po około 2 godzinach przyszedł czas na mnie. Na szczęście dobrze odrobiłem pracę domową wczoraj i mój wniosek nie wymagał żadnych korekt, więc załatwiłem sprawę w pół godziny i z jednym telefonem do przyjaciela (w Urzędzie Skarbowym).

A teraz zauważone idiotyzmy:

  • wraz z wnioskiem można podać numer konta bankowego dla firmy, ale żeby założyć konto na firmę, to trzeba mieć wpis do ewidencji i REGON: +1 okienko;
  • we wniosku można podać dane firmy rozliczającej księgowość, ale umowę podpisuje się dopiero po uzyskaniu wpisu do ewidencji i REGON: +1 okienko;
  • we wniosku nie można podać sposobu rozliczania VAT: +1 okienko;
  • wraz ze składaniem wniosku nie można zgłosić płatnika składek i ubezpieczonego do ZUS: +1 okienko.

I jeden, jedyny plus, jaki w tym wszystkim jest: działalność można rozpocząć w dniu składania wniosku o wpis do ewidencji. Dobre i tyle, chociaż wciąż nie można podpisać żadnej umowy (bo przecież nie ma się wpisu do ewidencji ani REGON).

Wszystko to wygląda na krok w dobrą stronę, ale raczej głupio zrobiony.

Ładowanie...