Poradnik konsumenta piwa domowego

Gdy zacząłem rozdawać moje piwo okazało się, że obdarowani nie umieją się z nim obchodzić. Dlatego wymodziłem poradniczek dla tych, co jeszcze nie mieli do czynienia z prawdziwym piwem.

Klik

Car for 1 day: Hyundai Accent

Kilka dni temu moim samochodem na jeden dzień był Hyundai Accent GLS 1.4i. Przejechałem nim około 300km w różnych warunkach — górskie podrzędne dróżki, droga ekspresowa, kawałek autostrady i śródziemnomorskie miasto. W sumie w fotelu kierowcy spędziłem około 5 godzin, wydaje mi się, że daje mi to pewne uprawnienia do wypowiadania opinii na temat tego samochodu.

A moja opinia jest absolutnie, całkowicie, stuprocentowo negatywna. Ten samochód jest obrzydliwy. Wręcz ohydnie obrzydliwy. Samochód jednoznacznie na nie.

Wygląd zewnętrzny nie zapowiada aż tak negatywnej oceny. Ot, taki sobie nudziarski sedanik, typowe auto dla klasy średniej trzeciego świata. Koszmar zaczyna się w momencie, gdy się zasiada w fotelu. Naokoło morze, wręcz ocean szarego plastiku. Jasno szary, twardy plastik o który można sobie nabić guza, twarda plastikowa kierownica, wszystko czego nie dotkniesz jest szaro-twardo-plastikowe. Jakie to potwornie smutne, okropne wnętrze!

A teraz zamykasz drzwi i słyszysz dźwięk... Wartburga 353w? Blaszanego pudełka obitego jakąś szmatą. Ten sam dźwięk słychać nawet wtedy, gdy się składa osłonę przeciwsłoneczną. Punkt drugi i druga porażka. Drzwi, bagażnik, maska, wszystko co daje się otworzyć i zamknąć, w końcu wyda ten dźwięk.

Jest już obrzydliwie, więc odpalamy tego prawie stukonnego potwora pod maską. Dźwięk silnika pasuje dokładnie do wyglądu wnętrza i pozostałych dźwięków wydawanych przez ten samochód. Wysoki, jazgoczący, bardzo szybko wchodzi w zakresy zbliżone do wizgu. Ruszamy, lekko kopnięty gaz i obroty żwawo lecą do 2000 i... nic. Zupełnie nic. Dźwięk coraz wyższy, silnik już wyje, a samochód nie jedzie. O co chodzi?! Próbujemy jeszcze raz, IV bieg, 2000 obr./min., prędkość ok. 55 km/h, dodaję gazu — obroty rosną, silnik wyje, a auto nie przyspiesza. W kabinie nie da się już wytrzymać, gdy na obrotomierzu widać 3000 obr./min. i coś jakby drgnęło, ale wibracje i hałas są nie do wytrzymania, więc wypada jednak zmienić bieg. Nic jednak z tego momentu obrotowego nie będzie.

Na szczęście nie muszę jeździć tym obrzydlistwem na co dzień.

Mądrości Google

Nie wiesz? Zapytaj Google! Może nie otrzymasz odpowiedzi na swoje pytanie, ale na pewno otrzymasz jakieś odpowiedzi na inne pytania, pewnie nawet ciekawsze...

Kto mnie dziś próbował zabić

Dziś jeszcze nikt. Może dlatego, że ogólnie rano ruch na ulicach Warszawy był raczej nieporażąjący intensywnością — z Bródna do Promenady na Ostrobramską (przez Ząbki i Chełmżyńską) udało mi się przejechać w około pół godziny, to wynik lepszy od przeciętnego o jakieś 15 minut. Oczywiście, paru idiotów po drodze spotkałem, ale nie zagrozili bezpośrednio mojemu bezpieczeństwu. Niestety, zagrozili bezpieczeństwu innych.

Bazyliańska

Na ulicy Bazyliańskiej w kierunku skrzyżowania z Wysockiego ruch w każdą stronę odbywa się po jednym pasie, a przestrzeń między kierunkami ruchu jest w zależności od miejsca albo pasem do skrętu w lewo, albo pasem rozbiegowym po skręcie w lewo w Bazyliańską, albo obszarem wyłączonym z ruchu. Nie brakuje jednak wsioków (przede wszystkim repów w Focusach i Astrach, ale i różni cywilni nie są lepsi), którzy z tej części ulicy robią sobie "lewy pas". I jadą, nie zważając po kolei na:

  • nakaz skrętu z pasa w lewo
  • to, że pas jest pasem do ruchu w kierunku przeciwnym
  • to, że powierzchnia jest wyłączona z ruchu
  • to, że ponownie pas jest pasem do ruchu w kierunku przeciwnym
  • i ponownie nakaz skrętu z pasa w lewo

Cały ten koncert buractwa kończy się koniecznością objechania wysepki przejścia dla pieszych, oczywiście jadąc pod prąd pasem dla ruchu w kierunku skrzyżowania z Rembielińską. Potem wystarczy już tylko wjechać na pas przeznaczony do skrętu w lewo w Wysockiego i... skręcić z niego w prawo.

Chełmżyńska

Przejazd kolejowy na Chełmżyńskiej to według mnie jedno z bardziej niebezpiecznych miejsc tego rodzaju w Warszawie. I nie ma wielkiego znaczenia to, że jest to przejazd strzeżony, z pełnymi zaporami opuszczanymi przy dozorze człowieka w budce obok zapór. Ruch na szlaku kolejowym między Rembertowem a stacją Warszawa Wschodnia jest bardzo intensywny i zawsze tworzą sie tam wielkie zatory, które skutkują kilkunasto- lub nawet kilkudziesięciominutowymi przestojami. A teraz trochę opisu słowno-muzycznego tego chorego miejsca (patrząc od strony Kawęczyna):

  • tuż przed przejazdem (dosłownie 3-4 metry przed zaporami!) jest przelotowe skrzyżowanie z ulicą Strażacką, na którą jest kierowany tranzyt samochodów ciężarowych w kierunku Lublina, a ze Strażackiej wyjeżdżają śmieciarki ze spalarni oraz kurierzy kilku firm, które mieszczą się w okolicy
  • tuż za przejazdem (w podobnej odległości od zapór!) jest skrzyżowanie z ulicą Chłopickiego, którą prowadzi skrót do placu Szembeka
  • na Chełmżyńskiej w kierunku Kawęczyna jest zakaz skrętu w lewo w Strażacką (tuż za przejazdem), ale nie ma zakazu skrętu w lewo z Chełmżyńskiej w Strażacką w kierunku przeciwnym (Marsa)

A jak to wygląda na żywo?

  • w kierunku Marsa przed przejazdem ciężarówki albo blokują przejazd przez tory czekając na możliwość skrętu w lewo w Strażacką, albo wymuszają pierwszeństwo przejazdu, blokując na torach pojazdy jadące w kierunku Kawęczyna
  • w kierunku Marsa za przejazdem skręcający z Chłopickiego w lewo w Chełmżyńską wymuszają pierwszeństwo przejazdu, blokując na torach pojazdy jadące w kiedunku Marsa
  • w kierunku Kawęczyna za przejazdem zawsze znajdzie się jakaś ciota, która pomimo zakazu zapragnie skręcić w lewo w Strażacką, blokując na torach pojazdy jadące za nią

Gwoli przypomnienia, cały ten cyrk odbywa się na przejeździe kolejowym, na szlaku, na którym pociąg przejeżdża przeciętnie co 2-3 minuty. Dróżnik może opóźnić zamykanie zapór, żeby umożliwić zjechanie z przjazdu, ale to zjechanie musi być możliwe — czyli skrzyżowanie po drugiej stronie przejazdu nie może być zablokowane. Jak na moje oko to jest tu trochę za dużo wymagań do spełnienia jednocześnie, by można było mówić o bezpiecznym przejechaniu przez ten przejazd (i 2 skrzyżowania!).

Ogólnie najwięcej zamieszania w tym rejonie wprowadziło otwarcie przejazdu ulicą Strażacką w kierunku Targówka Przemysłowego, przedtem ruch na skrzyżowaniu Chełmżyńskiej i Strażackiej był mizerny i raczej dotyczył skręcania ze Strażackiej w Chełmżyńską. Teraz codziennie jest tam straszliwy sajgon, a sytuacja chyba ma szansę poprawić się dopiero wtedy, gdy dojdzie tam do jakiegoś tragicznego wypadku.

I co dalej? Gdzie jest Policja?

Takich miejsc w Warszawie (i w każdym innym mieście) na pewno jest o wiele, wiele więcej. Każde z nich jest potencjalnie niebezpieczne, ale nie tak niebezpieczne, jak to niebezpieczne są skrzyżowania, na których nalezy przecież zachować wzmożoną ostrożność. Te miejsca są śmiertelnie niebezpieczne i tym bardziej dziwi mnie nieobecność Policji w tych okolicach. W ten właśnie sposób Policja zamiast być elementem systemu poprawy bezpieczeństwa na drogach, staje się czynnikiem zwielokrotniającym niebezpieczeństwo.

Laganas, Zakynthos, atrakcje w maju

Dziś prawdopodobnie ostatnia, trzecia już część wspominków z naszego wyjazdu na Zakynthos (prawdopodobnie, bo postaram się zamieścić jeszcze galerię zdjęć). W pierwszym odcinku były ogólne informacje o wyjeździe i o biurze podróży, w drugim opisałem trochę hotel Mediterranean Beach Resort oraz Laganas, a teraz przyszedł czas na atrakcje, jakie oferuje wyspa Zakynthos turystom. Szanownych czytelników proszę o wzięcie pod uwagę, że byliśmy tam tuż przed rozpoczęciem sezonu, więc zarówno informacje o dostępnych rozrywkach, jak i przykładowe ceny mogą okazać się nieaktualne.

W samym Laganas atrakcji turystycznych (poza nocnym życiem i sklepami z pamiątkami) praktycznie nie ma. Z powodu ochrony żółwi morskich nie ma również możliwości uprawiania żadnych sportów wodnych — można jedynie wynająć rowerek wodny (€10 za godzinę). Jedyną atrakcją są wycieczki łodziami (z szyprem lub wynajętymi) na poszukiwanie żółwi, na wyspę Marathonisi i do jaskiń na półwyspie Keri. Ceny w połowie maja przedstawiały się następująco (dzieci do lat 8 w każdym przypadku gratis):

  • poszukiwanie żółwi (1 godzina): €10, zwracane w przypadku nie znalezienia żółwi;
  • poszukiwanie żółwi i wyspa Marathonisi (2 godziny): €15;
  • poszukiwanie żółwi, wyspa Marathonisi i jaskinie Keri (3 godziny): €20.

Samochodem po wyspie

Istnieje teoretyczna możliwość objechania całej wyspy w 1 dzień, ale my tego nie próbowaliśmy — jeździliśmy z pięcioletnim dzieckiem, w dodatku już na początku dał się odczuć mój brak doświadczenia w prowadzeniu samochodu w warunkach górskich (mało, że mieszkamy na nizinach, to prawo jazdy odebrałem raptem 3 tygodnie wcześniej...). Było to zwyczajnie zbyt męczące.

Pojechaliśmy na północ, w kierunku Katastari, Alykes i Agios Nikolaos Vassilikos, w planach mając wycieczkę łodzią do Blue Caves, potem lunch w Anafonitrii, obejrzenie wraku z góry i powrót do Laganas na kolację około godziny 18. Niestety, szybko okazało się, że po wyspie nie da się jechać na tyle szybko, żeby zdążyć zrealizować ten plan. Najpierw odpadł wrak (i tak byliśmy już pewni, że wrócimy na Zakynthos, więc nic straconego...). W porcie Agios Nikolaos byliśmy około południa, potem wycieczka do grot i o 13:30 byliśmy gotowi jechać dalej. Żona i córka były jednak tak zmęczone, że postanowiliśmy wracać do Laganas i zjeść lunch gdzieś po drodze, może w Alykes, a może w Katastari. Na szczęście w pewnym momencie przegapiłem skrzyżowanie, na którym miałem skręcić w lewo do Alykes i pojechaliśmy w nieznane i nieplanowane. Po około 40 minutach dojechaliśmy do bardzo malowniczej wsi Volimes. Po przejściu paru kroków od centralnego skrzyżowania trafiliśmy do prawdziwej Grecji. Co krok pozostałości tego, co zostało zniszczone 50 lat temu w wyniku trzęsienia ziemi (w 1953 roku): a to dzwonnica bez cerkwi, a to portyk jakiegoś budynku i ogólnie atmosfera rustykalna. Odetchnęliśmy trochę, zjedliśmy lekki lunch i ruszyliśmy w drogę powrotną. W Laganas byliśmy około 16, akurat o takiej porze, żeby damy złapały trochę słońca na leżakach i popluskały się w basenie.

Praktycznie na całej wyspie obowiązuje ograniczenie prędkości do 50km/h. W kilku miejscach widziałem informacje o fotoradarach, ale żadnego nie udało mi się wypatrzyć. Przy wjeździe do wsi i miasteczek są ustawione ograniczenia do 40km/h, a w pobliżu budynków użyteczności publicznej (posterunki policji, szkoły, cerkwie) do 30km/h. Droga z miasta Zakynthos do Katastari, Alykes i Agios Nikolaos Vassilikos jest bardzo stroma i kręta (między Katastari i Alykes rzadko gdzie da się jechać szybciej niż 30km/h), często jeżdżą po niej z dużą prędkością ciężarówki wyładowane materiałem skalnym z kamieniołomów. Na całej trasie od miasta Zakynthos do Alykes było może ze 2-3 miejsca, w których można było się zatrzymać, potem do portu było w dół i nieco lepiej pod względem miejsc widkowych i odpoczynkowych. Droga z Agios Nikolaos Vassilikos do Volimes (część trasy do Anafonitrii i wraku) była równie kręta, ale mniej stroma, nie było na niej jednak żadnego miejsca, gdzie można byłoby zatrzymać się choć na chwilę (uwaga na stada kóz!). Z Volimes do miasta Zakynthos z kolei była kręta, ale w dół, miejsc do zatrzymania się niewiele, ale da się wysiąć i zrobić parę ładnych zdjęć. W okolicach wiejskich po południu można natknąć się na stada kóz przetaczające się w poprzek drogi, nie pomaga pociskanie klaksonu, trzeba po prostu stanąć i poczekać.

Wycieczki łodziami

Zrobiliśmy sobie dwie wycieczki łodziami: do Blue Caves z portu Agios Nikolaos Vassilikos i potem na poszukiwanie żółwi + wyspa Marathonisi z Laganas. Chcieliśmy popłynąć na plażę z wrakiem, ale półdniowe wycieczki tylko do wraku są organizowane dopiero od czerwca, w pełnym sezonie, w maju tylko całodniowe wokół wyspy. Według opinii rezydenta należy unikać statku Delfini (czerwony), ponieważ jest stary i awaryjny. Nie wiem, na ile jest to zgodne z prawdą.

Wycieczka łodzią do Błękitnych Grot miała nas kosztować €25 (2 x 10 + 5 za dziecko), ale gdy okazało się, że mamy jedynie €19.80 w gotówce, szyper zgodził się zawieźć nas tam za dokładnie tyle. Nie dało się odczuć, żebyśmy mieli przez to program zubożony, szyper obwiózł nas po wszystkich jaskiniach ze wszystkimi atrakcjami, jak przepływanie po skalnymi łukami.

Wycieczka na żółwie + Marathonisi składała się w połowie z krążenia po zatoce i wypatrywania żółwi, w końcu szyper dostał przez radio informację, gdzie ma płynąć i znaleźliśmy jednego. Widok niesamowity. Parę fotek i popłynęliśmy na wyspę Marathonisi, gdzie można sobie popływać lub posiedzieć na plaży. Powrót w okolicy wyspy Cameo. Na podobną wycieczkę nieco większym stateczkiem można popłynąć z portu Agios Sostis (20 minut plażą od Laganas).

Atrakcje, z których nie skorzystaliśmy

Zabrakło nam czasu na wycieczkę wokół wyspy. W Laganas można bez problemu zarezerwować miejsca z bezpłatnym transportem do portu w mieście Zakynthos, podobnie jak wycieczkę na Kefalonię, do Aten, wycieżki na żółwie, na półwysep Keri czy bilety do Aqua Parku. Jak wcześniej wspomniałem, kilkugodzinne wycieczki statkiem do zatoki wraku organizowane są dopiero w pełnym sezonie.

Inne atrakcje jakie były tam oferowane, to m.in. autokarowe objazdy wyspy, wycieczki konne i nauka jazdy konnej. Przy Kalamaki Road są 2 punkty rezerwacji wycieczek, przy Main Road widziałem kolejne dwa.

Nie wybraliśmy się też na zwiedzanie miasta Zakynthos, nasza córa jest jednak za mała na włóczenie się po mieście i oglądanie poważnych zabytków.

W samym Laganas jest jeszcze tor kartingowy, ale wydawał się mały i tandetny.

Na tydzień czy na dwa?

Moim zdaniem na tydzień, choć przydałoby się kilka razy, żeby móc skorzystać z plażowania i obejrzeć ciekawe miejsca. Dwa tygodnie mnie przynajmniej wydaje się za dużo jak na tak małą wyspę, w dodatku prawie całkowicie pozbawioną zabytków. Widoki zatykają dech w piersiach, ale to wystarcza na tydzień.

My w każdym razie postanowiliśmy już, że wrócimy na Zakynthos, może w maju przyszłego roku, a może uda się jeszcze w tym roku...

Mediterranean Beach Resort, Laganas, Zakynthos (cz. 2)

Po kilku zdaniach wstępu czas przejść do samego hotelu i okolic.

Hotel

Najważniejszym dla nas kryterium wyboru było to, by hotel znajdował się bezpośrednio przy plaży, co odfiltrowało przytłaczającą większość obiektów. Z tych, które pozostały wybraliśmy ten, który miał najlepsze opinie wśród ludzi, którzy spędzili tam wakacje (po polsku np. Holiday Check, a po angielsku Trip Advisor). Jak się okazało, metoda się sprawdziła.

Sam obiekt nie wyróżnia się szczególnie od strony lądu, jednak po przejściu przez bramę sprawia dużo lepsze wrażenie. Większość pokoi jest usytuowana w dwóch rzędach dwupiętrowych budynków — razem 4, po obu stronach dróżki prowadzącej do basenu i na plażę. Pokoi z bezpośrednim widokiem na morze jest tylko 6, więc szanse na otrzymanie takiego są minimalne, natomiast warto zainteresować się pokojami z numerami 7xx, położonymi na piętrach (71x i 72x), mają one boczny widok na morze z balkonów, chyba jako jedyne (my mieliśmy pokój 711). Balkon położony jest od strony wschodniej, więc słońce operuje na nim do południa. O przepięknie pachnącym krzewie z żółtymi kwiatami nie wspomnę, bo nijak mi tego zapachu opisać.

Pokój był zaskakująco duży — nawet z dostawką było w nim przestronnie. Balkon niewielki, ale wystarczający, żeby zmieścił się na nim stolik i dwa krzesła. Uwaga: brak sznurków do suszenia kostiumów kąpielowych (ręczniki dało się wywiesić przez balustradę). Ogólnie czysto (sprzątanie i wymiana ręczników codziennie, wymiana pościeli co 3 dni — za dopłatą częściej), choć wyposażenie sprawiało wrażenie tandetnego. W telewizji kanały greckie, holenderskie i niemieckie (nic po angielsku, nie wspominając o polskim). W łazience wanna z zasłoną prysznicową (sam prysznic nadawał się jedynie do spłukiwania), toaleta, duża umywalka z dużym blatem i suszarka do włosów (działająca). Z mebli duża szafa, 2 szafki przy łózku, biurko, krzesło, sejf i minibar (można wykorzystywać jako lodówkę, ale rzeczy trzeba wyciągać przed sprzątaniem pokoju). Za sejf trzeba dopłacić, podobnie jak za opróżnienie minibaru celem legalnego wykorzystywania go jako lodówki.

Obsługa była miła i przyjazna. Wszyscy uśmiechnięci (od sprzątaczki do general managera, od boya do kierowniczki sali w restauracji) i chętni do pomocy. Ceny w lounge barze i pool barze znacząco wyższe, niż na mieście, ale nikt nie zwracał nam uwagi, że przy basenie spożywamy własne napoje (teoretycznie to nielegalne), choć może dlatego, że robiliśmy to dyskretnie. Przykładowe ceny: małe piwo (butelka) €2.50, duże piwo (szklanka) €3.50, latte machiato €3.50, woda mineralna (1l) €2.00.

Hotel jest cichy i położony trochę na uboczu, więc nie docierały do nas odgłosy imprezowania, z jednym wszakże wyjątkiem. W nowo otwartym hotelu obok wylądowała grupa Niemców i co 2 dni urządzano dla nich imprezy w barze przy basenie. Głośne, długie i co tu dużo mówić, w stylu wiejskiego wesela (chóralne przyśpiewki i tańce). Pomagało zamknięcie drzwi na korytarzu, chociaż raz musieliśmy spać przy zamkniętym balkonie (na szczęście klimatyzacja w cenie).

I kilka słów o tym, co z samym hotelem związane jedynie wirtualnie: o plaży i o widokach. Żeby się napatrzeć najlepiej jest przejść się w okolice basenu. Po lewej widok na półwysep Vassilikos, po prawej na wyspę Marathonisi, a na wprost śliczne morze. Bezapelacyjnie doskonałe położenie. Plaża piaszczysta, dno morskie również, jedynie przy samym brzegu drobniutki żwirek. Niestety, plaża w Laganas stanowi fragment przemysłu rozrywkowego, więc spokoju na niej raczej nie zastaniecie — w tym celu polecam przechadzkę w kierunku Kalamaki, po 10 minutach zaczyna się nieco bardziej dziewiczy fragment.

Jedzenie

Śniadania monotonne, nastawione na gości z Wielkiej Brytanii. Typowy full english breakfast, ale z paroma lokalnymi dodatkami (kozi ser, paszteciki z ciasta francuskiego ze szpinakiem lub kozim serem), poza tym standard (eggs, bacon, sausage, beans). Pyszne pieczywo, nie warto poprzestawać na bułeczkach. Z warzyw jedynie pomidory i ogórki, żadnego nabiału poza mlekiem i masłem.

W menu kolacji dało się zauważyć pewne urozmaicenie, ale zawsze to była przystawka + main course. Były jakieś zupy, ale nie wyglądały zachęcająco. Raz czy dwa szef zaszalał i zrobił coś, co wszyscy fotografowali, ale nikt nie jadł, bo nie wiedział jak. Jako danie główne był drób, jakieś mięso (raz baranina, poza tym raczej duszona wieprzowina), czasem ryby, z dodatków coś z ziemniaków (pieczone cząstki lub frytki), ryż i makaron, jakieś warzywa gotowane na parze (kalafior, brokuł, mieszanka). Ogólnie smacznie i świeżo, choć bez polotu i na lokalną kuchnię nie ma co liczyć. Napoje do kolacji płatne dodatkowo, w cenach takich samych lub zbliżonych, jak w dwóch hotelowych barach.

O jedzeniu poza hotelem poniżej.

Laganas

Zwane inaczej pułapką na turystów, zasadniczo mogłoby się znajdować w dowolnym miejscu na świecie i w większości niejsc wyglądałoby tak samo. Dwie ulice na krzyż (zwane Main Road i Kalamaki Road), wszystkie zapchane barami pod Anglików i sklepami z pamiątkami Made in China. Nie warto łazić po tym miasteczku, chyba że w jakimś konkretnym celu. Greckości w samym Laganas nie uświadczysz, najbliżej trochę tego widać było dopiero w dzielnicy (miejscowości?) Vezal, w kierunku Agios Sostis (10 minut spaceru plażą lub 20 minut ulicami).

Menu większości restauracji skomponowane tak, by goście z Wielkiej Brytanii czuli się jak w domu (po co w takim razie z niego wyjeżdżają?, taka mała dygresja), z kilkoma chlubnymi wyjątkami, a jednym z nich była Panos & Kostas Taverna przy Kalamaki Road (naprzeciwko dość charakterystycznej indyjskiej restauracji Taj Mahal).

W Panos & Kostas Taverna (jak ją nazywaliśmy: u Kosty) jedliśmy w sumie cztery razy, za każdym razem było to (przynajmniej dla mnie) kulinarne przeżycie najwyższych lotów. Niezależnie od tego czy to była baranina Kleftiko, czy zwykłe souvlaki, było po prostu pyszne. Do tego butelka lokalnej Retsiny (z winiarni Callinico) i nie chce się wychodzić. Jeżeli chodzi o menu dla dzieci, to raczej należy unikać chicken nuggets — są tak dokładnie zmielone, że nie wiadomo, z czego są zrobione, polecić za to mogę spaghetti i pizzę. Jako ser podawany był lokalny odpowiednik parmezanu, o sporo łagodniejszym aromacie. Polecam również sałatki (z tuńczykiem, z kurczakiem i oczywiście choriatiki) z doskonałymi sosami jogurtowymi (podawane oddzielnie). Mały obiad (lub obfity lunch) na dwoje dorosłych i dziecko z napojami (lemoniada lub sok, butelka wina) to wydatek rzędu €25-30. Napiwek nie wliczony, oczywiście mile widziany, ale mało kto daje podczas lunchu. Ja nie miałem wątpliwości, czy dawać.

Jeżeli chodzi o inne restauracje i bary, to w porze lunchu lepiej zawsze sprawdzić, czy obowiązuje jeszcze menu śniadaniowe, czy już dzienne. W większości zmiana menu następuje około południa, ale lepiej zapytać, żeby nie musieć wychodzić (głodne kobiety są w stanie znieść śniadaniowe jedzienie o 13, ale żegnajcie doznania kulinarne...). Wielu właścicieli widząc potencjalnego klienta wychodziło przed bar i zachwalało swoje oferty twierdząc tradycyjnie, że ich kuchnia jest najbardziej grecka w Laganas, ale menu zasadniczo wszędzie było takie same (choriatiki, baranina Kleftiko, gulasz Stifado, souvlaki, musaka), ceny również.

Najlepszy sklep z pamiątkami jaki udało nam się znaleźć był przy skrzyżowaniu Kalamaki Road i Main Road, chociaż nie oferował niczego, czego nie dałoby się znaleźć gdzie indziej — był po prostu największy (wszystko pod jednym dachem). Przy Kalamaki Road był także sklepik (a może raczej stragan) z natural Greek products, ale rzeczywistość zdawała się nieco odbiegać od reklamy, wiele produktów miało nalepki Made in China, w sumie nic złego, ale pewien niesmak zostaje.

Poruszanie się po Laganas poza dwiema głównymi ulicami odbywa się głównie po jezdniach (chodniki służą do parkowania). Grecy jeżdżą po luzacku, więc lepiej mieć oczy naokoło głowy.

O atrakcjach wyspy ogólnie napiszę w następnym odcinku.

Mediterranean Beach Resort, Laganas, Zakynthos (cz. 1)

Byliśmy przez tydzień w hotelu Mediterranean Beach Resort w Laganas na Zakynthos (Grecja) — planowaliśmy spędzić ten tydzień w hotelu Crystal Beach w Kalamaki, ale organizator odwołał imprezę na 2 tygodnie przed wylotem. W kilku (tematycznych) odcinkach postaram się opisać ten przypadek. Na początek — garść informacji ogólnych o przelocie i biurze podróży.

Przelot i transfer do hotelu

Lot na Zakynthos trwa ok. dwie i pół godziny, co dla palaczy oznacza minimum 4 godziny bez papierosa (na lotnisku F. Chopina po przejściu kontroli bezpieczeństwa nie ma miejsc, gdzie można zapalić). Przez kontrolę bezpieczeństwa można przenieść suche jedzenie, natomiast nie można przenieść napojów — jedynym miejscem, gdzie można nabyć napoje są sklepy wciąż nazywane wolnocłowymi, jednak należy przygotować się na ceny o ok. 100% wyższe, niż normalnie (zielona Nestea 0.5l = 6.30PLN). Nie warto kupować na pokładzie samolotu, bo ceny zaczynają się od €2 za małą puszkę coli do €3 za tę samą Nesteę, a kanapka to wydatek rzędu €4.

Sam lot przebiega jak każdy inny lot, z wyjątkiem lądowania — lotnisko na Zakynthos ma bardzo krótki pas, więc lądowanie przebiega dość gwałtownie. Należy się też przygotować na uderzenie gorąca po wyjściu z samolotu — na lotnisku nie ma rękawów i wychodzi się wprost na płytę do autobusu. Bagaż dostarczany jest dość szybko, prawdopodobnie z powodu małego ruchu.

Transfer do Laganas jest niemal niezauważalny — z lotniska do centrum Laganas jest dosłownie kilka kilometrów, więc po 10 minutach można już wysiąść z autobusu i po zameldowaniu w hotelu zacząć wymarzone wakacje w Grecji.

Tzw. opieka rezydenta

W przypadku biura podróży Itaka nie należy się sugerować tą opieką. Sprowadza się ona do jednego spotkania informacyjnego na początku z omówieniem wycieczek fakultatywnych i potem do godzinnych dyżurów w recepcji godzinach porannych. Poza tym jedną rolą rezydenta jest chyba pobieranie prowizji za wspomniane wycieczki i wynajem samochodu. Na spotkaniu informacyjnym warto być, żeby dowiedzieć się co jest godne odwiedzenia i zdobyć kilka przydatnych informacji lokalnych (np. którym statkiem nie warto się wybierać na wycieczki lub ile powinny kosztować taksówki).

Zupełnie nie warto wykupywać wycieczek ani wynajmować samochodu za pośrednictwem rezydenta — jego prowizja wynosi co najmniej 20%. Dla porównania podam, że wynajem małego samochodu (Kia Picanto, Chevrolet Matiz, Hyundai Getz) z klimatyzacją przez rezydenta to wydatek rzędu €45 (są tańsze, ale bez klimatyzacji, za €39), natomiast samodzielnie (w wypożyczalni na rogu) €35, a średniego (Chevrolet Lacetti, Opel Astra II) u rezydenta €60, samodzielnie €45. Do tego należy doliczyć paliwo, bo samochody są podstawiane z pustym bakiem — na Zakynthos na cały dzień jeżdżenia wystarczy paliwa za €15.

W trakcie pobytu w hotelu widzieliśmy, czym różni się tzw. opieka rezydenta od opieki rezydenta. Wczasowicze z Wielkiej Brytanii, Holandii czy Szwecji byli codziennie indywidualnie odwiedzani przez przedstawicieli biur podróży (TUI, First Choice, Thomas Cook), którzy rzeczywiście interesowali się ich potrzebami i pomagali w załatwianiu różnych spraw np. w recepcji. Nasz rep skończył się nami interesować w momencie, gdy wysiedliśmy z autobusu, który przywiózł nas z lotniska do hotelu. O tym, że w recepcji można dostać za darmo elektryczny odstraszacz na komary dowiedzieliśmy się od... polskiej kelnerki w hotelowej restauracji. Jednym słowem: dno. Nie warto dawać im zarobić, bo nawet się o to nie starają. Na szczęście nam udało się spędzić cały ten czas tak, by nie musieć się kontaktować z naszym rezydentem.

Zmień wóz na bus? Nie ma mowy!

Z wielką determinacją staram się o to, by wreszcie nie musieć poruszać się po Warszawie i okolicach używając komunikacji publicznej. Nigdy nie przeżywałem orgazmu z powodu tego, że jestem nowoczesny, względnie eko, a zawsze przeszkadzało mi to, że komunikacja publiczna po prostu jest taka, jak cała nasza rzeczywistość — czyli z przymrużeniem oka. Bo komunikacja publiczna obsysa na maksa (i proszę mi nie opowiadać, że gdzieś w Polsce jest jeszcze gorzej, bo prawdę mówiąc inne miejsca w Polsce guzik mnie obchodzą). Jeżeli miałbym ją określić jednym słowem, to byłoby to "czekanie" — poruszanie się po Warszawie używając miejskiej komunikacji naziemnej polega głownie na czekaniu (wyjątkiem jest metro, ale od jakiegoś czasu nie zaliczam się do szczęściarzy, co dojeżdżają do pracy metrem). Bardzo proszę przykład:

  • wychodzę z domu o 07:20, żeby jechać pociągiem 07:31 do Warszawy Wileńskiej, zakładany realistycznie czas dotarcia do pracy to 08:30;
  • na dworcu około 07:30 słyszę skrzeczenie megafonu, a to oznacza, że pociąg będzie dopiero za 15 minut (nie mam co liczyć na to, że ten, który miał przyjechać o 07:41 będzie o czasie...);
  • pociąg przyjeżdża około 07:45, na szczęście luźny;
  • 08:10 na dworcu Wileńskim, niecałe 15 minut opóźnienia, więc plany wcześniejszego przyjechania do pracy biorą w łeb, ale przynajmniej się nie spóźnię;
  • 08:15 jestem na przystanku autobusowym i zaczyna się czekanie na autobus 135 lub 509 (dobrze, że są 2...);
  • około 08:30 przyjeżdża 135, szanse na to, że się nie spóźnię topnieją w oczach;
  • o 08:50 wysiadam ze 135 na przystanku przy CNPEP Radwar, od pracy dzieli mnie 2 przystanki ale długie, więc nie będę próbował zasuwać piechotą;
  • 08:57 - przyjeżdża jakiś autobus, który zawiezie mnie do Promenady;
  • o 09:10 wysiadam z windy na moim piętrze, spóźniłem się 10 minut, ale jak się okazuje, wszyscy inni spóźnią się jeszcze więcej.

Z prawie dwóch godzin drogi do pracy, 40 minut spędziłem na czekaniu. Doliczając łażenie między dworcami i przystankami zrobi się z tego godzina. Biorąc pod uwagę, że na Pragę w okolicę ulicy Ząbkowskiej samochodem dojadę w 35-40 minut, to mam szansę zaoszczędzić co najmniej 45 minut, które do tej pory spędzam na czekaniu — zimą na mrozie, latem w upale, a o każdej porze roku ewentualnie w deszczu.

Niech wóz na bus zmieniają młodsi i ci, którym się nie spieszy.

Nie ma epidemii grypy

W dodatku warszawskim do wczorajszego SuperExpresu pojawił się artykuł alarmujący, że w naszym wojewódzwtwie na grypę zachorowało już ponad 4000 osób i stawiający odważną tezę o szalejącej epidemii. W 2008 roku województwo mazowieckie miało ponad 5100000 mieszkańców (słownie: pięć milionów sto tysięcy), jeśli wierzyć Głównemu Urzędowi Statystycznemu. Co oznacza, że na grypę zapadło... 0.08% mieszkańców. Zaiste, epidemia...

Memcached to nie jest srebrna kula

Jak ze wszystkimi innymi rzeczami, tak i z memcached nie należy przesadzać. Bynajmniej nie chodzi mi o to, żeby ograniczyć jego używanie — nie ma najmniejszego powodu, żeby sobie odmawiać, to niezły kawałek softu, który dobrze wykonuje swoje zadanie (pewnie mógłby lepiej, ale daruję sobie dygresyjne wędrówki na dzisiaj). Według mnie problem jest natury psychologicznej, a u jego podłoża leżą pospołu lenistwo z ignorancją.

Dla zobrazowania sytuacji przytoczę pewną historię (tak, jak ja ją widziałem, bo nie dotyczyła ona mnie bezpośrednio). Pewien projekt już od swojego założenia miał być ściśle związany z memcache. Wiadomo było od początku, że celem przyspieszenia działania serwisu wiele danych będzie trzymanych na boku w cache, żeby zminimalizować ruch między aplikacją i bazą danych. Założenie rozsądne, ale szybko się okazało, że mocno idealistyczne. Memcache zaczął być traktowany jako panaceum na wszystkie problemy z wydajnością serwisu, obojętnie czy wynikały one ze skomplikowania struktury danych (które skutkuje wysokim obciążeniem bazy danych), czy z marnego algorytmu (nieważne, czy źle zaprojektowanego, czy źle zaimplementowanego). Jeżeli nie dało się czegoś zoptymalizować (czytaj: nikt nie umiał/nikomu się nie chciało/nikomu nie pozwolono marnować na to czasu), to komuś włączała się żaróweczka "o, wiem, wrzucę to do memkesza!", i wrzucał do memkesza. Potem trzeba było opracować metodę usuwania z cache zdezaktualizowanych wpisów. Potem okazywało się, że algorytm do kitu wrzuca do memcache dane do kitu, ale w związku z tym, że aplikacja musi mieć jakiekolwiek dane, obojętne czy prawidłowe czy nieprawidłowe, a w dodatku bez cache aplikacja działać w ogóle nie będzie, to po jakiejkolwiek zmianie algorytmu trzeba było ręcznie usuwać nieprawidłowe dane i trząść się, czy czasem nie usunie się za dużo albo za mało. A i tak do końca nie było pewności, czy po zrestartowaniu aplikacji nagle nie okaże się, że w najmniej oczekiwanym momencie aplikacja nie wysra pięćsetką, a wtedy pozostawał już tylko restart memcached, który, w dużym skrócie, skutkował ogólną apokalipsą (sesje użytkowników w piach, żadnych danych wspólnych przez jakiś czas i ogólnie przerwa w działaniu serwisu idzie w dzisiątki minut).

I tak w kółko, bo jak się okazuje, jest to praktyka powszechna. To znaczy, po tamtym razie widziałem to samo wiele, wiele razy. A jaka jest według mnie recepta? To proste:

  1. zoptymalizuj swój kod
  2. zoptymalizuj bazę danych (słyszałeś o indeksach, prawda?)
  3. to, czego się nie da załatwić optymalizacją, trzymaj w cache

Dokładnie w takiej kolejności.

Ładowanie...