Kto pamięta?
Ja pamiętam. Pamiętam doskonale, jakie wrażenie zrobiła na mnie ta reklama, choć pojawiała się w tv naprawdę bardzo krótko.
Ja pamiętam. Pamiętam doskonale, jakie wrażenie zrobiła na mnie ta reklama, choć pojawiała się w tv naprawdę bardzo krótko.
(fot: wikimedia)
Nie może mi pan zabronić umieszczenia herbu Wołomina na mojej stronie. Pańskim pożal-się-Boże prawnikom polecam zapoznanie się z pojęciem "fair use".
(fot: wikimedia)
26.08.2010
Piwo z zestawu CP "A'la Kölsch" (z pewnymi modyfikacjami).
Brzeczka nastawna 11ºBlg zadana gęstwą 27.08.2010 rano, w temperaturze 26ºC. W rezerwie trzymam saszetkę z S-33, zostanie wykorzystana jeżeli drożdże z gęstwy nie zechcą ruszyć (są już chyba trochę zmęczone). Wydajność jak zwykle pod psem (jest tylko 18l), ale nie chce mi się z tym walczyć, może przy następnej warce coś pokombinuję.
Lubię robić to piwo. Szybko się zaciera (tylko 60 minut w 2 przerwach, żadnych ferulikowych czy białkowych dziwactw), ładnie filtruje (mało słodu pszenicznego), Lubelski przyjemnie pachnie podczas chmielenia — czego chcieć więcej?
Modyfikacje względem oryginalnej receptury i procesu:
Czas spędzony na robieniu tego piwa: 5 godzin (od 18:30 do 23:30) wieczorem + 30 minut rano na przelanie do fermentora i zadanie drożdży. Całkiem niezły wynik.
Po cichu piwnica to się zapełnia, to opróżnia...
Stanowczo za mało warzę, bo piwo nie zdanża dojrzeć, a już jest konsumowane.
W środowisku piwowarów amatorów powiada się, że piwowarzy dzielą się na tych co już zaliczyli infekcję piwa i na tych, którzy zaliczą infekcję piwa. Prędzej czy później każdego to spotka, ponieważ produkujemy piwo w warunkach dalekich od sterylności — w kuchniach, piwnicach, a niektórzy wręcz na wolnym powietrzu. I pomimo dokładania wszelkich starań by możliwość zakażenia ograniczyć, nigdy nie usuniemy jej całkowicie.
No i właśnie moja warka #5 Petszopian Ogrodowy złapała infekcję. Podczas rozlewania do butelek zauważyłem kilka chmurek pływających w piwie, ale były malutkie, więc zabutelkowałem całą warkę, prawie 21 litrów. Następnego dnia gdy zamierzałem okleić butelki etykietami zauważyłem, że w każdej utworzył się cienki kożuch pleśni — najwyraźniej brak tlenu w fermentorze powstrzymywał rozwój infekcji, a gdy tylko otworzyłem pokrywę i powietrze dostało się do środka, zakażenie ruszyło z kopyta. Nie było sensu liczyć na cud, wylałem wszystko do ubikacji. Żal był przytłaczający.
Jak przy każdym niepowodzeniu, należy teraz usiąść spokojnie i przeanalizować okoliczności, żeby nie popełniać błędów w przyszłości. Co więc poszło nie tak?
A jakie z tego płyną wnioski?
I teraz pozostaje mi mieć nadzieję, że zakażenie nastąpiło podczas przelewania na cichą lub w trakcie cichej fermentacji, bo gęstwą zebraną z tego piwa zaszczepiłem następną warkę...
Gdy zacząłem rozdawać moje piwo okazało się, że obdarowani nie umieją się z nim obchodzić. Dlatego wymodziłem poradniczek dla tych, co jeszcze nie mieli do czynienia z prawdziwym piwem.
Życie koryguje plany, moich planów piwowarskich również to dotyczy. Czytam sobie właśnie mojego posta, gdzie wyliczałem co mam zamiar uwarzyć do końca września:
Plan ma szansę zostać zrealizowany w głównych punktach (zrezygnowałem z Berliner Weiße). A teraz uzupełnienie i plany na czas dalszy:
Będę miał co robić, oby tylko wystarczyło mi butelek, skrzynek i miejsca w piwnicy. ;)
Kolega Bartosz M. waha się, czy zająć się samodzielnym warzeniem piwa. Spoko, ja się wahałem przez ok. 5 lat (kto zechce to sprawdzi, kiedy założyłem sobie konto na forum browar.biz). Wreszcie zdecydowałem się i w ciągu półtora miesiąca wsiąkłem w to na całego. Teraz nie wyobrażam sobie, że mógłbym polegać na zaopatrzeniu okolicznych sklepów, nie wspominając o tym, że nie daję już rady pić koncerniaków, po prostu nie wchodzi mi typowy, mocno odfermentowany i niedoleżakowany lager. Lubię pilsy, lubię pszenice jasne i ciemne, lubię Alty i Kölsche, lubię jasne monachijskie i dortmundzkie eksportowe — świat jest pełen rodzajów piw (poprawnie nazywa się je stylami), aż żal marnować życie na tzw. international lager, nota bene styl, który oficjalnie nie istnieje...
Dawaj, Bartosz. Podążaj za pełnią smaku.
Nie można to już iść do sklepu i kupić sobie piwa jak normalny człowiek? W sklepowej lodówce stoi Tyskie, Lech, Żywiec, jak kto indywidualista to jest Łomża, Perła czy nawet Okocim (także Pszeniczne), po co się babrać z zacieraniem, gotowaniem, robieniem starterów i dezynfekowaniem w kółko tych samych kurków, wężyków, rurek i pojemników? I co gorsza nie jest to wcale tańsze niż piwo ze sklepu?
Pewnie że można. Pracuję w okolicy supermarketu Alma, gdzie wybór piwa jest naprawdę spory — jak kto chce, to kupi nawet Kölscha (11zł za 0.5l, w dodatku przeterminowany o jakieś pół roku), Witbiera (6zł za 0.33l) czy inne wynalazki. Piw polskich jest mało, ale czasem coś się da wybrać na wieczór przy kufelku.
No to o co chodzi? Kto się lubi pocić przez 6 godzin przy gorącym 30-litrowym garze, lepić się od słodkiej brzeczki i potem trząść się jak kura nad jajkiem, czy na pewno wszystko było zdezynfekowane i nie wdała się jakaś infekcja?
Warzenie własnego piwa w domu daje ogromną satysfakcję, że robi się coś, co jest niezwykłe. Dziś w Polsce mało kto próbuje samemu zrobić własne piwo. Satysfakcję tę pogłębia fakt, że piwo z domowego browaru smakuje zupełnie inaczej, niż to kupione w sklepie, obojętne czy jest to piwo na Ż czy na Ło. Piwo po prostu smakuje i pachnie piwem — czuć w nim słód i chmiel dokładnie tak, jak piwowar chciał (albo wyszło mu niechcący). Jeżeli ktoś lubi piwa bardziej goryczkowe, to daje więcej chmielu goryczkowego na początku gotowania, jeśli bardziej aromatyczne, to więcej chmielu aromatycznego pod koniec gotowania. Ze słodem można zrobić to samo, odpowiednio zacierając można uzyskać piwo bardziej lub mniej treściwe, z większą lub mniejszą zawartością alkoholu. A oprócz tego są jeszcze dodatki, którymi można sobie zmienić smak, zapach i kolor piwa, a wszystko zależy od inwencji i sprawności piwowara — nawet to, czy piwo będzie mocno nagazowane czy słabo i jaka będzie na nim piana. Piwo jest produktem tak złożonym, że nawet przygotowując dwa razy piwo według tej samej receptury, prawdopodobnie nie uzyska się takiego samego efektu.
I mnie to porusza. I dlatego chcę to robić.
Chcę warzyć wspaniałe piwa, które dają ludziom przyjemność.
Warka #1 Pszeniczne Generyczne jest już wspomnieniem, niestety. Całkiem dobre to piwo wyszło, nawet w porównaniu do #2, który chyba jest za gorzki (przynajmniej w tym przypomina Düsseldorf Alt, którym miał być...).
Długi (wreszcie!) wyjazd wakacyjny tego roku urządzamy sobie pod koniec lipca na Kretę — do miejscowości Agia Marina, w okolicy Chanii. 2 tygodnie na plaży to jest to, czego potrzebuję.
Przy okazji rezerwowania tej wycieczki, a trwało to dłużej niż zwykle, mogłem sobie ocenić, czy opłaca nam się polować na tzw. last minute. Miejska legenda głosi, że w ten sposób można trafić za bezcen (a przynajmniej pół darmo) dobre oferty, które nie sprzedały się w normalnych terminach. Miałem możliwość popróbować szczęścia (bez rezerwowania wycieczki, just for fun).
Przede wszystkim, mitem jest jakoby oferty last minute, a nawet super-hiper last minute były za bezcen. Nie są nawet za pół darmo, ani nawet za pół ceny. Większość ofert była przeceniona o ok. 20%, przy czym im oferta tańsza, tym mniej — np. 25% to obniżka z ~4 tys. zł do ~3 tys. zł. Oferty z ceną wyjściową ~2,5 tys. zł były przeceniane do 2 tys. zł, czyli już tylko o 20%. I nie była to obniżka jednorazowa — na miesiąc przed terminem wyjazdu oferta stawała się last minute z ceną obniżoną o ok. 10%, a dopiero na tydzień przed wyjazdem cena dobijała do ostatecznej lub... imprezę odwoływano.
Nie twierdzę że nie ma — mnie się nie chciało aż tak polować, żeby upolować (bo i tak bym nie skorzystał).
Warka #1, Pszeniczne Generyczne dojrzała do konsumpcji i znika w tempie... zaskakująco dobrym. Jako piwowara cieszy mnie to niezmiernie, jako piwosza trochę mniej. ;)
Warka #2, Petszopian Jasny, spokojnie czeka na swoją kolej w butelkach w piwnicy. Ostatkiem sił powstrzymuję się przed sprawdzaniem, jak to się smak układa po tygodniu od rozlewu. Jeszcze tydzień i próbowanie będzie miało sens.
Warka #3, Petszopian z Sześciu Pól, zakończyła pierwszy etap fermentacji, teraz spokojnie czeka na sklarowanie się i za kilka dni trafi do butelek. Trochę mało mi wyszło, ale zrzucam to na karb braku doświadczenia (to moje pierwsze piwo z zacieraniem).
Warka #4, Petszopian z Grodu, czyli moje podejście do repliki słynnego Grodzisza, i warka #5, Petszopian Koloński, zostaną uwarzone chyba dopiero w sierpniu, po naszym powrocie z Grecji. Nie ma sensu teraz brać się za warzenie, bo mam do nich drożdże płynne, których nie da się długo przechowywać w postaci gęstwy. Na razie drożdże spokojnie leżą sobie w lodówce, a słody w paczce w ciemnym miejscu.
A z innych wieści — browar Clair de Lune dorobił się logo oraz projektu etykiety. Autorem jest Tomek Przymusiński, na forum browar.biz znany jako klaus1973. :)
Ja jestem zachwycony.
Moja wiejska posiadłość na okres letni miała stać się ośrodkiem browarniczym pełną gębą, ale coś mi się zdaje, że nic z tego nie będzie i cały szpej grzecznie wróci do domu. Niestety, jak się okazuje, warzenie w warunkach zbliżonych do naturalnych jest mocno kłopotliwe, jeżeli chce się to robić porządnie.
Przede wszystkim, warzenie piwa (obojętne z zacieraniem czy z ekstraktów) wymaga dużej ilości wody, zarówno spożywczej jak i technicznej (do chłodzenia, mycia i płukania). Wydawało mi się, że z warką ok. 22l zmieszczę się w 30l wody spożywczej i 40l wody technicznej. Okazało się, że proces wymaga minimum 40l wody spożywczej i 80l wody technicznej — w skrajnym przypadku jest to 12 wiader wody, którą trzeba przytargać do browaru.
Dodatkowym problemem jest konieczność ciągłego gotowania i chłodzenia, co wymaga dostępności od ręki odpowiedniej ilości zimnej wody i lodu. Jest to na tyle męczące, że ciężko jest skupić się na przyjemności warzenia — przez cały czas trzeba myśleć i ściśle pilnować się rozkładu, żeby nagle nie okazało się, że przed chwilą pomyliłem garnki i teraz nie mam w czym zagotować wody do dezynfekcji fermentora...
A teraz czas na trochę optymizmu — przeniesienie ośrodka produkcyjnego bliżej domu oznacza dokładnie to, że będę mógł więcej uwarzyć. Plan na miesiące czerwiec - wrzesień obejmuje:
Jak widać, będę miał pełne ręce roboty — a potem będzie co pić. W większości w niemieckim stylu, ale nie szkodzi, na belgijskie klimaty górnej fermentacji przyjdzie jeszcze czas. ;)
Dziś jeszcze nikt. Może dlatego, że ogólnie rano ruch na ulicach Warszawy był raczej nieporażąjący intensywnością — z Bródna do Promenady na Ostrobramską (przez Ząbki i Chełmżyńską) udało mi się przejechać w około pół godziny, to wynik lepszy od przeciętnego o jakieś 15 minut. Oczywiście, paru idiotów po drodze spotkałem, ale nie zagrozili bezpośrednio mojemu bezpieczeństwu. Niestety, zagrozili bezpieczeństwu innych.
Na ulicy Bazyliańskiej w kierunku skrzyżowania z Wysockiego ruch w każdą stronę odbywa się po jednym pasie, a przestrzeń między kierunkami ruchu jest w zależności od miejsca albo pasem do skrętu w lewo, albo pasem rozbiegowym po skręcie w lewo w Bazyliańską, albo obszarem wyłączonym z ruchu. Nie brakuje jednak wsioków (przede wszystkim repów w Focusach i Astrach, ale i różni cywilni nie są lepsi), którzy z tej części ulicy robią sobie "lewy pas". I jadą, nie zważając po kolei na:
Cały ten koncert buractwa kończy się koniecznością objechania wysepki przejścia dla pieszych, oczywiście jadąc pod prąd pasem dla ruchu w kierunku skrzyżowania z Rembielińską. Potem wystarczy już tylko wjechać na pas przeznaczony do skrętu w lewo w Wysockiego i... skręcić z niego w prawo.
Przejazd kolejowy na Chełmżyńskiej to według mnie jedno z bardziej niebezpiecznych miejsc tego rodzaju w Warszawie. I nie ma wielkiego znaczenia to, że jest to przejazd strzeżony, z pełnymi zaporami opuszczanymi przy dozorze człowieka w budce obok zapór. Ruch na szlaku kolejowym między Rembertowem a stacją Warszawa Wschodnia jest bardzo intensywny i zawsze tworzą sie tam wielkie zatory, które skutkują kilkunasto- lub nawet kilkudziesięciominutowymi przestojami. A teraz trochę opisu słowno-muzycznego tego chorego miejsca (patrząc od strony Kawęczyna):
A jak to wygląda na żywo?
Gwoli przypomnienia, cały ten cyrk odbywa się na przejeździe kolejowym, na szlaku, na którym pociąg przejeżdża przeciętnie co 2-3 minuty. Dróżnik może opóźnić zamykanie zapór, żeby umożliwić zjechanie z przjazdu, ale to zjechanie musi być możliwe — czyli skrzyżowanie po drugiej stronie przejazdu nie może być zablokowane. Jak na moje oko to jest tu trochę za dużo wymagań do spełnienia jednocześnie, by można było mówić o bezpiecznym przejechaniu przez ten przejazd (i 2 skrzyżowania!).
Ogólnie najwięcej zamieszania w tym rejonie wprowadziło otwarcie przejazdu ulicą Strażacką w kierunku Targówka Przemysłowego, przedtem ruch na skrzyżowaniu Chełmżyńskiej i Strażackiej był mizerny i raczej dotyczył skręcania ze Strażackiej w Chełmżyńską. Teraz codziennie jest tam straszliwy sajgon, a sytuacja chyba ma szansę poprawić się dopiero wtedy, gdy dojdzie tam do jakiegoś tragicznego wypadku.
Takich miejsc w Warszawie (i w każdym innym mieście) na pewno jest o wiele, wiele więcej. Każde z nich jest potencjalnie niebezpieczne, ale nie tak niebezpieczne, jak to niebezpieczne są skrzyżowania, na których nalezy przecież zachować wzmożoną ostrożność. Te miejsca są śmiertelnie niebezpieczne i tym bardziej dziwi mnie nieobecność Policji w tych okolicach. W ten właśnie sposób Policja zamiast być elementem systemu poprawy bezpieczeństwa na drogach, staje się czynnikiem zwielokrotniającym niebezpieczeństwo.
Ostatni samochód kupiłem raptem 3 miesiące temu, teraz co i raz spoglądam na rynek używanych samochodów, bo co chwilę w rodzinie pojawia się pomysł zakupienia drugiego auta. Za każdym razem, gdy mam styczność ze sprzedającymi i kupującymi auta używane zastanawiam się poważnie nad stanem ducha, w jaki wpada człowiek, gdy kupuje samochód...
Pamiętam dość dokładnie, jak się czułem w grudniu, gdy przymierzałem się i kupowałem V40. Oczywiście, byłem podjarany, pewnie że tak. Przed wykonywaniem dziwnych ruchów powstrzymał mnie plan, który sobie przygotowałem i wszystko mogło się zawalić, ale miałem się go trzymać choćby nie wiem co:
Nic nadzwyczajnego. Wydaje mi się, że każdy kto kupuje samochód droższy niż 8-9 tys. zł nie opuszcza żadnego z tych punktów (kto kupuje tańszy zwykle ostatni albo odpuszcza, albo tylko podjeżdża na diagnostykę do SKP).
Udało się, kupiłem, pomimo że do deklarowanego przez sprzedawcę stanu było mu daleko, to jestem z niego zadowolony. Żona zarzuciła mi, że byłem zaślepiony, ponieważ brakowało niektórych dokumentów, ale moim zdaniem podjąłem świadomą decyzję, żeby to auto kupić, pomimo tych braków. Wszystko załatwiłem, ale co się w domu nasłuchałem, to moje.
A teraz co widzę? Często mam styczność z ludźmi, którzy chcą kupić S/V40: "V40 po lifcie, diesel 116KM, bezwypadkowy, dobrze wyposażony, z małym przebiegiem". I co? W momencie zobaczenia jakiejś oferty zmienia się to w "V40 po lifcie, diesel 116KM, dobrze wyposażony, tani, z niskim stanem licznika". Bezwypadkowy? Z potwierdzonym, małym przebiegiem? W potwierdzonym, dobrym stanie technicznym? I skąd nagle wzięło się to "tani", skoro kupujący jeszcze przed chwilą deklarował, że jest gotów zapłacić więcej, żeby mieć pewność co do stanu i przeszłości auta?
Ano właśnie. Moja teoria jest taka, że dopóki rozpatruje się abstrakcyjne modele, to wiadomo ile jest do wydania i na tym kończy się myślenie o pieniądzach, na zasadzie "mam 30 tys. zł, więc kupię auto za 27 tys. zł, reszta pójdzie na pierwszy serwis po zakupie". Człowiek wie, że samochód będzie miał tyle a tyle lat i będzie takiej a takiej klasy. Potem jednak pojawiają się konkretne oferty z konkretnymi cenami, zazwyczaj wiele sporo tańszych i tylko kilka w spodziewanej cenie. Co te samochody są takie tanie? Są tanie, bo nie spełniają warunków, jakie początkowo stawiają im kupujący. A dlaczego jest ich tyle? Bo ostatecznie i tak je kupują. Cena Czyni Cuda. Pół biedy, jak kupują taniej to, co chcieli, ale gorzej, gdy kupują coś, czego by nie kupili, gdyby nie kusząco niska cena (na zasadzie: "szukam VW Passata, ale trafiło mi się okazyjne Audi A6").
Rezultaty efektu CCC widać na różnych forach — co i rusz pojawiają się użytkownicy psioczący na wysoką awaryjność czy koszty utrzymania samochodu danej marki czy modelu. Znacie to? Pewnie, że znacie, żaden model nie jest na to odporny. Peugeoty i Citroeny się sypią bo są francuskie, Audi się sypią bo Audi oszczędza na materiałach, VW się sypią bo to gorsze Audi, Fordy się sypią bo to Fordy, Ople się sypią bo Niemcy się nie przykładają, Fiaty się sypią bo włoskie nie mogą się nie sypać i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Zwykle taki użytkownik za chwilę dostaje bana na forum, ale trochę krwi napsuje. A prawda jest taka, że kupił zajeżdżonego sztrucla z licznikiem przekręconym o 300 tys. km.
Nie dając się zwieść cenie nie kupi się szybko, ani nie kupi się bardzo tanio. Wiedząc ile auto powinno kosztować, odsiewa się 65-75% wszystkich ofert na zasadzie "tanie mięso psy jedzą" — tani samochód jest tani nie bez powodu, a sprzedający bardzo chciałby, żeby kupujący uwierzył, że powodem niskiej ceny jest np. pośpiech, czy coś innego, trzeciorzędnego wobec stanu auta. To nie znaczy, że nie można okazyjnie i tanio kupić — ale natura okazji jest taka, że jest ona czymś rzadkim, niespotykanym na co dzień, czymś co trzeba umieć ocenić, albo ponieść ryzyko. W każdej innej dziedzinie życia nie jest tak, że okazje stanowią 3/4 całej oferty rynkowej, jest ich może 10%, może 15%. A pięć okazyjnych Audi A3 z 2002 roku w cenie 18 tys. zł jeden obok drugiego? Przepraszam, to trochę za dużo jak dla mnie...
Sezon wczasowy 2010 rozpoczniemy 17 maja. Planowaliśmy Korfu, ale nie było z czego wybrać. Planowaliśmy również Thassos, ale też nie było ofert. W końcu, żeby gdziekolwiek pojechać, zarezerwowaliśmy sobie tydzień na Chalkidiki. Może nam od tego nie powypadają włosy.
Już zaczynam odliczać dni.
No właśnie, co wybrać? Diesel czy benzyna? I jedno i drugie kusi, a zwycięzca, jak w każdej rywalizacji (tu: o względy nabywcy), może być tylko jeden. Ja z uporem i systematycznie wybieram benzynę, choć nie w każdym przypadku — o tym może w innej opowieści. Ale najpierw trochę rozważań dla wyjaśnienia ewentualnych wątpliwości.
Olej napędowy w kraju nad Wisłą rzeczywiście jest tańszy, czasem nawet znacząco. Że nie wszędzie panuje taka reguła mogą się przekonać ci, którzy zwiedzają inne kraje Europy: w Grecji różnica w cenie 1 litra paliwa wynosi 3-5 centów (np. w 2009 roku na Kos: benzyna EuroSuper €1.08/l, ON €1.05/l), a w Szwajcarii ON jest wręcz droższy od benzyny. Dlaczego, czyżby wytwarzanie oleju napędowego w tych krajach było droższe niż w Polsce? Oczywiście że nie, zastosowanie tej samej technologii daje podobny stosunek kosztów niezależnie od tego, gdzie jest ona używana. W każdym europejskim kraju najważniejszym czynnikiem kształtującym cenę paliwa są podatki nakładane przez państwo — przede wszystkim akcyzowy, ale także drogowy, ekologiczny i jakie sobie tylko rząd jest w stanie wymyślić (a inwencja rządów w tej dziedzinie nie ma granic, chyba każdy przyzna mi tu rację). To, że w Polsce ON jest tańszy np. o 20% od benzyny jest wynikiem tylko i wyłącznie tego, jakimi podatkami rząd okłada poszczególne rodzaje paliw. Silne lobby (transportowe, rolnicze, przemysłowe, itd.) w naszym kraju wymogło obłożenie ON niższym podatkiem akcyzowym, niż benzyny. A skoro ta różnica wynika tylko z decyzji administracyjnych, to nie można zakładać, że będzie trwała wiecznie — rząd zabiera mniej użytkownikom pojazdów napędzanych olejem napędowym, ale w każdej chwili może zmienić zdanie i eldorado się skończy.
Pozostaje jeszcze kwestia sezonowych wahań cen ON, rzeczy praktycznie nieznanej w przypadku benzyny. Jesienią i zimą cena oleju rośnie, po czym wiosną ponownie nieco spada, a rośnie tym bardziej, im niższe panują temperatury. Wynika to z faktu, że olej opałowy tak naprawdę to olej napędowy obłożony inną stawką akcyzy i dla odróżnienia barwiony na inny kolor. Latem większy udział paliwa z produkcji rafinerii jest sprzedawane jako olej napędowy, a jesienią i zimą jako opałowy. Ta akurat różnica nie jest spowodowana ingerencją państwa, ale zwykłym prawem podaży i popytu — malejąca podaż powoduje wzrost cen. Że nie są to groszowe sprawy mogą świadczyć pojedyncze przypadki, kiedy cena litra ON dorównała lub przekroczyła cenę litra benzyny.
Oczywista racja, z powodu wyższej sprawności silnika z zapłonem samoczynnym jego zapotrzebowanie na paliwo rzeczywiście jest mniejsze. Na ile mniejsze? Producenci aut prześcigają się w deklaracjach, jak to mały apetyt mają ich auta, podając czasem zawrotne wartości 4-4.5 l/100km dla silników 1.6 z wtryskiem w technologii Common Rail. W porównaniu do średnich 6-6.5 l/100km dla odpowiadających im silników benzynowych 1.6 16v DOHC z systemami zmiennych faz rozrządu to rzeczywiście mniej. Pamiętać jednak trzeba, że testy nie są przeznaczone do informowania o rzeczywistym zużyciu paliwa, a ich zadaniem jest umożliwienie porównania. Mając to na uwadze nie można powiedzieć, że silnik benzynowy o mocy ok. 115PS i pojemności 1.6 zużywa 2 litry paliwa więcej na 100km niż silnik wysokoprężny z CR o pojemności 1.6 i mocy ok. 105PS, a jedynie że takie wyniki zostały osiągnięte w warunkach laboratoryjnych. Dla naszego szarego życia w szarej rzeczywistości wynika z tego jedynie, że silnik wysokoprężny będzie zużywał mniej paliwa — a pytanie "ile mniej?" nadal pozostaje bez odpowiedzi.
Czas sięgnąć po dane z obserwacji. Różne serwisy prowadzą "dzienniki kosztów", z których można coś wywnioskować. Wynika z nich, że w normalnych warunkach różnice są mniejsze, niż podają producenci, a w skrajnych przypadkach w ogóle znikają! Co to są za przypadki? Ano, przypadki ciekawe:
Komu więc nie będzie się opłacał diesel? Taksówkarzom, ludziom, którzy wykorzystują auto wyłącznie do dojeżdżania do pracy na dystansie 3-4km i ludziom, którzy częściej auto myją, niż nim jeżdżą. A komu będzie się opłacał? Przedstawicielom handlowym i policji autostradowej.
Wspominałem już o tym przy okazji mojego wydziwiania nad silnikiem VAG 1.2 TSI — zespół napędowy w autach z nowoczesnym dieslem jest niezwykle skomplikowany, a więc również kosztowny w przypadku awarii. Zarówno wtrysk Common Rail, jak i pompowtryskiwacze (Pumpe Düse) to arcydzieła inżynieryjne, tak skomplikowane rzeczy po prostu muszą dużo kosztować. To, że wymagają dodatkowo paliwa o ściśle określonych parametrach wydaje się oczywiste, ale dodatkowo oznacza też, że każde odstępstwo od tych parametrów może skończyć się poważną awarią tych skomplikowanych i czułych elementów. O tym, że niektórym producentom (właściwie to jednemu czy dwóm...) udało się skonstruować silniki, które mają większy margines dopuszczalnych wartości parametrów zwanych potocznie jakością paliwa świadczy tylko o tym, jak bardzo skomplikowane są urządzenia wtryskowe w silnikach diesla.
Silnik wysokoprężny niemal zawsze obecnie jest wyposażony w turbosprężarkę, dającą mu dodatkowo wysoką elastyczność w szerokim zakresie prędkości obrotowych. Turbosprężarka (zwana potocznie turbiną, choć turbina to tylko jedna z jej części) to urządzenie z powodzeniem stosowane od ponad pół wieku w różnych silnikach, więc i konstrukcję ma zwykle dopracowaną w najmniejszym szczególe. Co nie znaczy, że nie można jej zepsuć. Użytkownicy silników 1.9 dCi z Renaultów, Nissanów czy Volvo aż za dobrze wiedzą, że można — ale ich przypadek jest szczególny, więc nas nie interesuje. Każdą turbinę można zniszczyć w ten sam sposób, obojętne czy silnik ma wtrysk CR czy PD (czy wręcz jest zasilany pompą rotacyjną). Ba, tyczy się to również turbodoładowanych silników benzynowych! Turbina wymaga szczególnego obchodzenia się z nią, a wynika to ze szczególnych warunków jej pracy — z tego, że jest napędzana gorącymi gazami spalinowymi. Jest kolejnym elementem, który wymaga chłodzenia i trzeba pamiętać o tym, żeby to chłodzenie jej zapewnić. Czyli: nie piłować silnika zanim się nie rozgrzeje i nie wyłączać go natychmiast po ostrej jeździe (wyłączenie silnika wyłącza obieg cieczy w układzie chłodzenia...).
No i ostatni element tej układanki skomplikowanych elementów — dwumasowe koło zamachowe w układzie sprzęgła. W skrócie chodzi o to, żeby nie przenosić wielkich obciążeń bezpośrednio z wału napędowego do układu jezdnego — te wszystkie szarpnięcia zmianami momentu obrotowego jakoś muszą zostać zamortyzowane, żeby nie dotarły do osi napędowej. Tym, co odpowiada za tę amortyzację jest właśnie koło dwumasowe, potocznie zwane dwumasem. W porównaniu do zwykłego koła zamachowego jest dużo bardziej skomplikowane, ale także jest narażone na dużo większe obciążenia. I niestety, żadnemu z producentów nie udało się skonstruować takiego koła dwumasowego, które byłoby trwałe i tanie. Mało tego, żadnemu nie udało się skonstruować takiego, które byłoby trwałe lub tanie — wszystkie są nietrwałe i drogie. Koszt wymiany przekracza zawsze 2 tys. zł, może być jedynie dużo więcej niż 2000 lub niedużo więcej niż 2000... Pewnym rozwiązaniem może być montaż zestawu 4P firmy Valeo, który zastępuje koło dwumasowe (i przez to jest tańszy), jednak nie do każdego modelu jest on dostępny.
Żeby nie było, że coś przemilczam, w niektórych modelach aut z silnikiem benzynowym również są montowane dwumasy — np. w poliftowych Volvo S/V40 (wszystkie poza silnikiem 1.6). Jednakowoż przypadki jego uszkodzenia są sporadyczne, a jest to związane z dużo mniejszymi przeciążeniami na wale napędowym. Niestety, ich koszt, przynajmniej w przypadku S/V40, jest dużo wyższy, niż do diesli...
Ja Ci tego nie powiem (zajrzyj np. do Tylika: tu, tu i tu)... Zastanów się, na ile niższy koszt paliwa będzie w stanie zrekompensować Ci wyższy koszt serwisowania auta. Wyliczenie takie będzie dość proste przy nowym samochodzie, a używane będzie wymagało dokładniejszego sprawdzenia, czy wspomniane wysokoczułe elementy są w pełni sprawne (a i tak nie będzie gwarancji, czy nie padną w miesiąc po zakupie). Moje zdanie jest takie: do miasta lub przy przebiegach rocznych mniejszych niż 40 tys. km - benzyna, jeżeli w dłuższe trasy i na duże przebiegi - benzyna z gazem lub diesel.
A teraz pozostaje już tylko dokonać wyboru modelu i przeprowadzić udaną transakcję kupna, ale to już w innej opowieści...
Kilka nowo odkrytych smaków.
Od lewej:
Gdyby ktoś się zastanawiał: tak, jestem na urlopie. :)
it’s become apparent in my head a little machine in the light i’m quite transparent in the dark, i’m such a dream there are two sides to me sometimes i set the evil one free cause i’m in love with the devil and she’s in love with me and i go, and i go away sometimes i lose myself sometimes in a bad way it’s never ending i’m going to hell as long as you go with me when you’re down you’ll only want it now isn’t it nature to break somebody’s heart? i won’t treat you wrong and i won’t treat you bad and in my eyes tonight and if you’re all alone i will be you’re only
16Volt, And I Go — Supercoolnothing, 1998
...kiedy muszę pojechać do pracy komunikacją publiczną przekonuje mnie o tym, że przesiadka do samochodu (i nieużywanie komunikacji publicznej) jest najlepszą rzeczą, jaką zrobiłem w tym roku. A bardzo możliwe, że ogóle w moim prywatnym (pozarodzinnym i pozazawodowym) życiu. Syf, ścisk, brak punktualności i rzadkie kursowanie. Z każdą z tych rzeczy można coś zrobić żeby poprawić stan publicznej komunikacji w Warszawie, ale najwyraźniej decydenci mają to w dupie — lepiej jest utrudnić kierowcom prywatnych samochodów życie do tego stopnia, by przesiadka do śmierdzących, zatłoczonych i wiecznie spóźnionych autobusów okazała się mniejszym złem (od: stania w korkach, braku miejsca do zaparkowania auta, wysokim opłatom parkingowym, itd.).
To jest szantaż. I ja mu nie ulegnę.
Pozwolę sobie trochę ponarzekać. Nie będzie to takie narzekanie, jak mojego sąsiada, osiadłego w Polsce Bułgara, chociaż temat ten sam — polskie drogi.
Przejechałem się dzisiaj w te i nazad do Warki. Droga do tej pięknej położonej malowniczo nad Pilicą miejscowości jest zasadniczo dobra: najpierw kawałek dwójką, potem siedemnastką, potem pięćdziesiątką i pod koniec kawałek jakąś drogą wojewódzką. Wiadomo, jak się jeździ — tak, żeby było szybko i bezpiecznie. Akurat tę trasę pokonuje się bardzo przyjemnie, ale tylko do momentu... skrzyżowania! Nie wiadomo jaka mądra głowa wpadła na pomysł, żeby np. skrzyżowanie dróg nr 17 i 50 zrobić w postaci ronda (i pozostałe z rozpędu też). Jak wiadomo, rondo służy poprawie bezpieczeństwa i płynności ruchu, ale nie wtedy, gdy na krzyżujących się drogach natężenie jest takie samo, a ruch odbywa się głównie na wprost. Wpływ na bezpieczeństwo jest taki, że objeżdżając wyspę trzeba odpowiednio zredukować prędkość, przez co ewentualne kolizje są mniej groźne w skutkach.
A jak to wygląda na tych kilku rondach na tej trasie? Dla ustalenia uwagi weźmiemy sobie wspomniane wcześniej rondo w miejscowości Kołbiel, na skrzyżowaniu dróg krajowych 17 i 50, ale pozostałe na tej trasie (czyli w sumie wszystkie skrzyżowania dróg krajowych i wojewódzkich!) prezentują się tak samo. Droga krajowa nr 17 to główna trasa z Warszawy na Ukrainę przez przejście w Hrebennem, a DK 50 to trochę dziwna droga łącząca m.in. wschodni odcinek DK 8/S8 (czyli szlaku na Litwę i Białoruś) z południową częścią DK 7/S7 (szlaku północ–południe). Ruch na tych obu trasach jest bardzo duży, a ciężarówki ciągną się tam długimi kolumnami. Przed tym rondem we wszystkich kierunkach korek zaczyna się 1.5-2km wcześniej. Tempo jest ślimacze, ponieważ ruszenie wielką, kilkudziesięciotonową ciężarówką wymaga nieco więcej czasu, niż ważącym niecałe 1.2t samochodem osobowym — zanim kierowca takiego wielkiego camiona wepchnie go na to rondo, mija ze 20 sekund (w tym czasie ze 2 samochody osobowe zdążyłyby wjechać i zjechać). I dlatego stoją wszyscy po równo. I nie ma litości dla tych, którzy tylko skręcają w prawo.
O ile ronda sprawdzają się doskonale na drogach o mniejszym natężeniu ruchu (jak np. doskonale wymyślone i zrobione rondo w Zielonce na skrzyżowaniu DW 637 i 634), to przy takim ruchu jak w Kołbieli są po prostu wąskimi gardłami. No, ale ronda są w modzie i przecież podnoszą bezpieczeństwo.
W związku z rozglądaniem się za drugim autem (żona też człowiek i ma prawo jeździć gdzie chce i ile chce), staram się zdobyć jak najwięcej informacji o potencjalnych kandydatach. Najlepszym miejscem do poszukiwań są prawdopodobnie internetowe fora klubów użytkowników interesujących nas marek i modeli, jest jednak pewne ale... Przytłaczająca większość tych forów nie pozwala na czytanie ich zawartości bez uprzedniej rejestracji! Tak, żeby poczytać o czymś trzeba się zarejestrować i to mnie powoli zaczyna doprowadzać do szału — rozważaliśmy zakup Hondy Civic VI generacji, ale żeby coś o tym aucie poczytać musiałem założyć sobie konto na forum Honda Civic FanKlub (nie linkuję, żeby im nie przysparzać sławy), potem był Opel Corsa i to samo, z Peugeotem 206 tak samo. Mam już konto na forum Ford Club Polska i na forum Peugeota 406 (ech, jednorożec...), ale przecież nie będę sobie zakładał kont na forach wszystkich marek i modeli, które biorę pod uwagę przed zakupem...
Wątpię, żeby ktokolwiek z administratorów to przeczytał, ale napiszę wyraźnie: ludzie, opamiętajcie się, to nie ma sensu!. Jeżeli komuś zależy na popularyzowaniu czegoś, to nie zamyka osobom postronnym dostępu do informacji o popularyzowanym przedmiocie! Oczywiście, jest jeszcze możliwość syndromu psa ogrodnika, ale nie wierzę, że chodzi o to, by specjalnie zamknąć ludziom dostęp do informacji...
Wraz ze zbliżającą się 40-tką dojrzewam do kupienia sobie sportowego samochodu. Symptomatyczne dla wieku i przynależności do klasy średniej, jak sądzę. W związku z tym, że do 40-tych urodzin zostało jeszcze ponad półtora roku, na razie przechodzę etap wyboru obiektu. W sferze zainteresowania chwilowo są 3 modele dużych coupe robionych przez białych ludzi (bo niczego małego i robionego w Azji nie kupię) i jeden rezerwowy, gdyby kupienie żadnego z pozostałych nie wchodziło w grę:
Każdy z nich ma swoje plusy dodatnie i plusy ujemne, niestety. O co z Peugeotem chodzi, to wiadomo — jednorożec (więc ma największego plusa ze wszystkich konkurentów) ale bardzo trudno dostępny w stanie niezajeżdżonym i niebitym, a potem bynajmniej nie tani w utrzymaniu (szczególnie w wersji z silnikiem 3.0 V6 24v i to wcale nie z powodu apetytu na paliwo...). Mercedesów jest sporo i w pełnej gamie silników, ale w środku toto wygląda niestety jak taksówka i nie jestem pewien, czy jazda takim czymś sprawi mi przyjemność. Cougarów na rynku jest przeciętnie dużo, ale to nowy zawodnik w mojej stawce i muszę się do niego przekonać. Na plus przemawia to, że to znajomy Ford i jego cena, a na minus... pochodzenie od Mondeo Mk2. Przeciwko Volvo przemawia mała podaż i wysoka cena. Poza Mercedesem wszystkie te samochody mają entuzjastyczne oceny od swoich właścicieli i gdyby nie duża podaż CLK to nawet nie spojrzałbym w jego stronę. Ostatnia nadzieja w paru znajomych, którzy sprowadzają auta z Niemiec, może na tamtym rynku uda się coś ciekawego wyrwać.
Większość konkurentów (poza, oczywiście, Peugeotem) nie dostąpiła jeszcze zaszczytu przewiezienia mnie, więc najważniejsza próba dopiero przed nimi. Jeszcze trochę czasu na podjęcie decyzji mam, ale szykuje się ciekawy rok...
Za 2 godziny zapakujemy się do samochodu i jazda na lotnisko. O 5:00 wylatujemy na Kos z Okęcia. Pierwszy dzień zanosi się raczej marnie...
Auto-Świat zapłakał nad bezpieczeństwem na polskich drogach, ale łzy to były raczej krokodyle... Handlowcy postrachem dróg, tak się tytułuje ten artykuł. Wynika z niego przerażająca wizja zabójców w firmowych samochodach, którzy powodują niewspółmiernie dużo wypadków. Niewspółmiernie do swojej ilości — podobno kierowcy 8% pojazdów powodują 30% wypadków i oczywiście coś trzeba z tym zrobić.
Bzdura. Piramidalna.
Liczby wyglądają alarmująco, ale tylko do czasu, gdy porówna się ile te auta jeżdżą. Przeciętny kierowca takiej służbówki robi rocznie 40-60 tysięcy km (podobno 100 tysięcy też nie jest niczym niezwykłym). Dla porównania, przeciętny nalot prywatnego auta to 12-15 tysięcy km, a sporo ludzi jeździ swoimi samochodami po 5 tysięcy km rocznie, większość moich sąsiadów nie przejeżdża nawet 100 km tygodniowo żeby wyrobić te 5 tysięcy. Żeby taka statystyka miała w ogóle sens, należałoby liczyć nie sztuki, a przejechane kilometry — ilość spowodowanych wypadków na tysiąc czy 10 tysięcy przejechanych kilometrów. Wtedy można byłoby porównywać — zwłaszcza, że wypadki powodują ludzie, a nie pojazdy (no, może poza ewidentnymi przypadkami samopodpalających się Peugeotów...).
Tak że: spokojnie. To tylko statystyka + nieuprawnione wnioski.
W lipcu jedziemy tam znowu, właśnie zaklepałem wyjazd na Kos. Niestety, tylko tydzień...
W ciągu moich pierwszych 6 tygodni jeżdżenia bez L na dachu (licząc od dnia odebrania prawka i odliczając tydzień w Grecji) nakręciłem 2000km i w związku z tym czuję się uprawniony do poczynienia kilku obserwacji na temat realiów ruchu drogowego w mojej okolicy:
Ogólnie jestem bardzo zadowolony z wożenia się. Daje mi to ogromną frajdę niezależnie od tego, czy jadę szybko czy wolno, w trasie czy w mieście, w dzień czy w nocy. Nie wiem jak żyłem bez tego do tej pory. ;)
Ostatnio jest cicho, więc dla poddierżenia razgawora kilka drobiazgów.
@classmethod
def import_object(cls, obj):
return False, None
Zimno. Odkąd wróciłem z Grecji jest mi nieustająco zimno. Niestety, w te wakacje raczej nie uda mi się dostać 10 dni urlopu, więc jeżeli już pojedziemy do Grecji, to na tydzień.
Ustaliliśmy z żoną, że w przyszłym roku Escort idzie do ludzi. Jakby to wyczuł, bo zaczął się sypać: najpierw jakiś wyciek z układu hamulcowego, teraz problemy ze sprzęgłem i skrzynią biegów.
Po raz pierwszy od ponad miesiąca przyjechałem dziś do pracy komunikacją publiczną. Bez stania w korkach i czekania na autobusy (akurat dziś podjeżdżały w mgnieniu oka) zajęło mi to 70 minut (85 od wyjścia z domu). Samochodem w 70 minut dojeżdżam stojąc w korkach (Piłsudskiego/Chełmżyńska i Marsa). Na szczęście to był jednorazowy wybryk, już jutro znowu zamieniam bus na wóz.
Byliśmy przez tydzień w hotelu Mediterranean Beach Resort w Laganas na Zakynthos (Grecja) — planowaliśmy spędzić ten tydzień w hotelu Crystal Beach w Kalamaki, ale organizator odwołał imprezę na 2 tygodnie przed wylotem. W kilku (tematycznych) odcinkach postaram się opisać ten przypadek. Na początek — garść informacji ogólnych o przelocie i biurze podróży.
Lot na Zakynthos trwa ok. dwie i pół godziny, co dla palaczy oznacza minimum 4 godziny bez papierosa (na lotnisku F. Chopina po przejściu kontroli bezpieczeństwa nie ma miejsc, gdzie można zapalić). Przez kontrolę bezpieczeństwa można przenieść suche jedzenie, natomiast nie można przenieść napojów — jedynym miejscem, gdzie można nabyć napoje są sklepy wciąż nazywane wolnocłowymi, jednak należy przygotować się na ceny o ok. 100% wyższe, niż normalnie (zielona Nestea 0.5l = 6.30PLN). Nie warto kupować na pokładzie samolotu, bo ceny zaczynają się od €2 za małą puszkę coli do €3 za tę samą Nesteę, a kanapka to wydatek rzędu €4.
Sam lot przebiega jak każdy inny lot, z wyjątkiem lądowania — lotnisko na Zakynthos ma bardzo krótki pas, więc lądowanie przebiega dość gwałtownie. Należy się też przygotować na uderzenie gorąca po wyjściu z samolotu — na lotnisku nie ma rękawów i wychodzi się wprost na płytę do autobusu. Bagaż dostarczany jest dość szybko, prawdopodobnie z powodu małego ruchu.
Transfer do Laganas jest niemal niezauważalny — z lotniska do centrum Laganas jest dosłownie kilka kilometrów, więc po 10 minutach można już wysiąść z autobusu i po zameldowaniu w hotelu zacząć wymarzone wakacje w Grecji.
W przypadku biura podróży Itaka nie należy się sugerować tą opieką. Sprowadza się ona do jednego spotkania informacyjnego na początku z omówieniem wycieczek fakultatywnych i potem do godzinnych dyżurów w recepcji godzinach porannych. Poza tym jedną rolą rezydenta jest chyba pobieranie prowizji za wspomniane wycieczki i wynajem samochodu. Na spotkaniu informacyjnym warto być, żeby dowiedzieć się co jest godne odwiedzenia i zdobyć kilka przydatnych informacji lokalnych (np. którym statkiem nie warto się wybierać na wycieczki lub ile powinny kosztować taksówki).
Zupełnie nie warto wykupywać wycieczek ani wynajmować samochodu za pośrednictwem rezydenta — jego prowizja wynosi co najmniej 20%. Dla porównania podam, że wynajem małego samochodu (Kia Picanto, Chevrolet Matiz, Hyundai Getz) z klimatyzacją przez rezydenta to wydatek rzędu €45 (są tańsze, ale bez klimatyzacji, za €39), natomiast samodzielnie (w wypożyczalni na rogu) €35, a średniego (Chevrolet Lacetti, Opel Astra II) u rezydenta €60, samodzielnie €45. Do tego należy doliczyć paliwo, bo samochody są podstawiane z pustym bakiem — na Zakynthos na cały dzień jeżdżenia wystarczy paliwa za €15.
W trakcie pobytu w hotelu widzieliśmy, czym różni się tzw. opieka rezydenta od opieki rezydenta. Wczasowicze z Wielkiej Brytanii, Holandii czy Szwecji byli codziennie indywidualnie odwiedzani przez przedstawicieli biur podróży (TUI, First Choice, Thomas Cook), którzy rzeczywiście interesowali się ich potrzebami i pomagali w załatwianiu różnych spraw np. w recepcji. Nasz rep skończył się nami interesować w momencie, gdy wysiedliśmy z autobusu, który przywiózł nas z lotniska do hotelu. O tym, że w recepcji można dostać za darmo elektryczny odstraszacz na komary dowiedzieliśmy się od... polskiej kelnerki w hotelowej restauracji. Jednym słowem: dno. Nie warto dawać im zarobić, bo nawet się o to nie starają. Na szczęście nam udało się spędzić cały ten czas tak, by nie musieć się kontaktować z naszym rezydentem.
Jutro o tej porze będziemy już na Zakynthos (mam nadzieję, o ile lot się nie opóźni). Zaczynam odczuwać reisefieber. :)
Dziś wystawiłem moją pierwszą fakturę. Gdyby nie to, że dziś znowu się wożę (pierwszy raz wiozłem moją żonę, umierała ze strachu...), to pewnie poszedłbym coś chlapnąć na to konto.
Nine Inch Nails
Miejsce: Międzynarodowe Targi Poznańskie Poznań, Polska
Data: 23.06.2009, 18:00
Miejsca stojące / Cena Normalna: 150,00
Tradycyjne bilety powinny do Państwa dotrzeć w ciągu następnych 4 tygodni, w zależności od daty wybranej imprezy.
Yeah, Starfuckers, Inc.!
Dentharg, dzięki za cynk o biletach. :)
Dziś rano podjechałem do Wydziału Komunikacji Starostwa w Wołominie (jeszcze nielegalnie ;)) i odebrałem moje prawko. O 8:30 było po wszystkim. Spokojnie podjechałem sobie do banku załatwić jedną zaległą sprawę z kontem firmowym i wyruszyłem w drogę do pracy. Uch... :)
Bilans:
Wyjechałem o 8:45, na parkingu w Promenadzie byłem o 9:30. Zysk względem komunikacji publicznej to 20-30 minut. Warto. :)
Załatwiłem ostatnią sprawę, związaną z rejestrowaniem działalności gospodarczej. Po 27 dniach od złożenia wniosku o wpis do ewidencji mogę wreszcie w majestacie prawa płacić haracz okupantowi.
...powoli zbliża się ku końcowi. Jeszcze jedna wizyta z deklaracją ZIPA w Zakładzie Utylizacji Staruszków (powiedzenie kolegi Lodka) i pozostanie mi jedynie comiesięczne opłacanie haraczy.
Naprawdę ulżyło mi, jak kobieta w Urzędzie Skarbowym powiedziała dziękuję, to już wszystko.
Dziś, 22 kwietnia 2009 dostałem wreszcie mój REGON. Po 3 (trzech!) tygodniach mogę zacząć normalną działalność gospodarczą. W stosunku to gorszej przeszłości jest to zysk na poziomie -14 dni (minus czternastu), co oznacza 14 dni straty.
Lepsze jutro było wczoraj.
Dziś nie wytrzymałem i zadzwoniłem do Urzędu Statystycznego w Warszawie dowiedzieć się, co się dzieje z moim numerem REGON (dla ustalenia uwagi: wniosek o wpis złożyłem 1 kwietnia, wpis odebrałem 8 kwietnia). Jak się okazuje, mój numer wypłynął z US 15 kwietnia zwykłą pocztą i do 20 kwietnia nie był w stanie pokonać 25 kilometrów do Wołomina.
Ale przynajmniej wiem, że istnieje...
Zainspirowany komentarzem tylika przemyślałem sobie jeszcze raz kwestię mojej odysei egzaminacyjnej. Tylik, ja naprawdę nie mam się czym chwalić.
Mam 38 lat, od około 20 jeżdżę różnymi pojazdami, małymi i dużymi, szybkimi i wolnymi, na gąsienicach i na kołach, takimi co pływają i takimi, co się ledwo toczą, od Fiata 126p do BRDM-2, od Ursusa C-330 do BWP-1 (zgadza się, dłużej jeżdżę, niż piszę programy!). Wydawało mi się, że z takim doświadczeniem zdanie egzaminu państwowego będzie niemal formalnością, jednak przykładnie odjeździłem wszystkie jazdy, na luzaku przyjechałem w grudniu na egzamin i... przeżyłem pierwszy szok, gdy oblałem egzamin na łuku. Dlaczego, przecież niewiele to się różni od wyjeżdżania na parkingu czy z garażu (w przypadku naszego garażu jest nawet mniej miejsca)? Zagadka. Potem zagadek było jeszcze więcej — na egzaminie robiłem rzeczy, o które sam bym się nie podejrzewał, że w ogóle potrafię. Dopiero za piątym razem pozbierałem się jakoś i wreszcie ten egzamin zdałem. Do nikogo nie mogę mieć pretensji poza sobą.
Wszystko to może świadczyć o tym, że moje zdanie o sobie samym jest całkowicie błędne — psychicznie daleko mi do zimnego twardziela, który każdy stres bierze na miękko, robi co ma zrobić i idzie na wódkę po skończonej robocie. Dlatego właśnie czuję się psychicznie złomotany, pomimo tego, że oczywiście cieszę się ze zdanego egzaminu i zakończenia okresu przejściowego. Jednym zdaniem: powód do radości tak, ale do dumy to już nie — jest się z czego cieszyć, ale nie ma czym chwalić.
Co oczywiście nie psuje mi nastroju na tyle, żebym siedział w kącie i pochlipywał pod nosem — trzeba się zająć nową sytuacją na poważnie. Tylik ma swojego jednorożca, mam i ja ;). Celuję trochę niżej: Peugeot 406 Coupe 3.0 V6, ale przez to mam nadzieję ustrzelić sztukę nieco mniejszym wysiłkiem (głownie finansowym). Pewnie jeszcze trochę o tych polowaniach na mojego jednorożca tu się pojawi, a z obecnego stanu rynku (okazy można znaleźć np. na allegro) wnioskuję, że parę sztuk zląduje też na bezwypadkowe.net.
Zdaje się, że kryzys zbiera żniwo w turystyce — organizator naszego wyjazdu na Zakynthos odwołał imprezę, podobno z powodu zbyt małego zainteresowania. Trochę dziwne to, bo było naprawdę tanio i w świetnym miejscu, więc wydawało mi się, że przynajmniej takich problemów nie będzie. Jestem prawie załamany.
23 czerwca w Poznaniu zagra Nine Inch Nails. Zrobię wszystko żeby tam być.
jarek:~$ ipython
In [1]: import datetime
In [2]: d0 = datetime.date(2008, 9, 13)
In [3]: d1 = datetime.date(2009, 4, 14)
In [4]: d1 - d0
Out[4]: datetime.timedelta(213)
In [5]: 1500 + 25 + 5 * 115 + 500 + 300 + 200 + 250 + 200 + 150
Out[5]: 3700
In [6]:
213 dni, 3700 złotych, 6x potworny stres — tyle naprawdę kosztowało mnie prawo jazdy. 9000 wydane na Escorta przy tym to pryszcz. Można sobie zadawać pytanie, czy to musiało tyle kosztować i pewnie nie musiało (gdybym np. od razu wykupił kurs rozszerzony z 40 godzinami jazdy zaoszczędziłbym 200 złotych), ale zysk na pieniądzach tak naprawdę miałby znaczenie drugorzędne, najbardziej dla mnie liczyłby się czas i przeżyty stres.
Najważniejsze, że mam to już za sobą.
Odebrałem dziś wpis do ewidencji działalności gospodarczej. Na moje pytanie o REGON pani w magistracie wzruszyła ramionami: "pewnie po świętach". OK. Dam radę prowadzić działalność gospodarczą przez 2-3 tygodnie bez REGON, chociaż raczej będzie to udawanie działalności.
W związku z tym, że nie mam REGON, odpadły mi odwiedziny w banku (na razie — bo przecież i tak będę musiał tam pójść). Podreptałem grzecznie do ZUS, a tam... Szkoda słów. Po pół godzinie czekania olałem sprawę i postanowiłem poprosić księgową o załatwienie tego za mnie, nawet za dodatkową opłatą. Ale rozmowa z księgową wyprowadziła mnie z iluzji — nawet z jej pomocą nie ominie mnie łażenie po urzędach.
Odechciewa mi się. Wszystko w lesie, choć trwa to już ponad tydzień, a miało być tak pięknie, jedno okienko i w'adza przyjazna przedsiębiorcy. Jak zwykle PO łże jak pies.
Ciąg dalszy przejść, związanych z rejestracją działalności gospodarczej w tzw. jednym okienku.
Minął tydzień od złożenia wniosku o wpis do rejestru i rozpoczęcia działalności. Dziś miałem zgłosić siebie w ZUS do ubezpieczenia (nie wspomnę o tych wszystkich rzeczach, które jedno okienko pomija, a trzeba dodatkowo załatwić, mając już wpis do ewidencji i REGON), tymczasem pani w magistracie rozłożyła ręce: nie mamy pańskiego wpisu i co nam pan zrobi?. To tak, jakby asynchronicznie napisany program po wysłaniu danych czekał na kanale IO na informacje zwrotne — ja takiemu programiście porachowałbym wszystkie kości (ej, kto jest odpowiedzialny za TEN sralnik?).
Jutro kolejna wyprawa do Urzędu Miasta, a po niej trening biegów miejskich na trasie magistrat - ZUS - bank - magistrat - US. No, chyba, że wezmę rower...
Od wczoraj obowiązuje ustawa, która miała przedsiębiorcom rozpoczynającym działalność ułatwić życie — wszystkie sprawy związane z rozpoczęciem działalności gospodarczej miały być załatwione podczas jednej wizyty w magistracie, przy jednym okienku właśnie. Wczoraj odwiedziłem mój Urząd Miasta, ale pani w tym jednym okienku poprosiła, żebym przyszedł następnego dnia, jeżeli mi się nie spieszy z rozpoczynaniem działalności (albo spieszy mi się dokądś), bo ona nie do końca wie, jak to wszystko pozałatwiać, pomimo tego, że była na jakimś szkoleniu i nawet jej instrukcję dali. Pobiedziłem się wczoraj wieczorem nad formularzem EDG-1 i przyszedłem dzisiaj rano...
Okienko faktycznie jest jedno. To znaczy — są dwa, ale tylko jedno czynne. Kolejka może nie była szczególnie długa, ale posuwała się potwornie wolno, bo pani przyjmująca druki przy każdej sprawie musiała dzwonić w przynajmniej jedno miejsce, żeby zasięgnąć dodatkowych informacji (do Urzędu Skarbowego albo do ZUS). A czasem musiała dzwonić w oba... Średni czas załatwienia jednego interesanta: około 60 minut. Po około 2 godzinach przyszedł czas na mnie. Na szczęście dobrze odrobiłem pracę domową wczoraj i mój wniosek nie wymagał żadnych korekt, więc załatwiłem sprawę w pół godziny i z jednym telefonem do przyjaciela (w Urzędzie Skarbowym).
A teraz zauważone idiotyzmy:
I jeden, jedyny plus, jaki w tym wszystkim jest: działalność można rozpocząć w dniu składania wniosku o wpis do ewidencji. Dobre i tyle, chociaż wciąż nie można podpisać żadnej umowy (bo przecież nie ma się wpisu do ewidencji ani REGON).
Wszystko to wygląda na krok w dobrą stronę, ale raczej głupio zrobiony.
Gdy w końcu zdecydowaliśmy się nawiedzić rejon Morza Śródziemnego, świat pogrążył się w finansowym kryzysie, ale mimo to postanowienia nie zmieniliśmy. Wystrczyło obejrzeć kilka zdjęć, żeby przestać myśleć o pieniądzach, kursie €, urlopach i innych przyziemnych sprawach.
W maju wyjedziemy sobie na tydzień odetchnąć innym powietrzem na bajecznej wyspie Zakynthos. Termin został wybrany nieprzypadkowo — przed sezonem, ale w trakcie rozkręcania się. Już ciepło, ale jeszcze nie upalnie. I może nie będzie aż tyle komarów, choć podobno na to nie ma co liczyć. Nie obyło się bez nerwów i kilku kłótni, a na Zakynthos padło niemal przypadkiem po tym, jak nie znaleźliśmy satysfakcjonującej oferty na Rodos i na Krecie.
Od kilku dni nie mogę przestać o tym myśleć, śni mi się to po nocach i zwyczajnie nie mogę się doczekać... Kalamaki, here we come!
Z wielką determinacją staram się o to, by wreszcie nie musieć poruszać się po Warszawie i okolicach używając komunikacji publicznej. Nigdy nie przeżywałem orgazmu z powodu tego, że jestem nowoczesny, względnie eko, a zawsze przeszkadzało mi to, że komunikacja publiczna po prostu jest taka, jak cała nasza rzeczywistość — czyli z przymrużeniem oka. Bo komunikacja publiczna obsysa na maksa (i proszę mi nie opowiadać, że gdzieś w Polsce jest jeszcze gorzej, bo prawdę mówiąc inne miejsca w Polsce guzik mnie obchodzą). Jeżeli miałbym ją określić jednym słowem, to byłoby to "czekanie" — poruszanie się po Warszawie używając miejskiej komunikacji naziemnej polega głownie na czekaniu (wyjątkiem jest metro, ale od jakiegoś czasu nie zaliczam się do szczęściarzy, co dojeżdżają do pracy metrem). Bardzo proszę przykład:
Z prawie dwóch godzin drogi do pracy, 40 minut spędziłem na czekaniu. Doliczając łażenie między dworcami i przystankami zrobi się z tego godzina. Biorąc pod uwagę, że na Pragę w okolicę ulicy Ząbkowskiej samochodem dojadę w 35-40 minut, to mam szansę zaoszczędzić co najmniej 45 minut, które do tej pory spędzam na czekaniu — zimą na mrozie, latem w upale, a o każdej porze roku ewentualnie w deszczu.
Niech wóz na bus zmieniają młodsi i ci, którym się nie spieszy.
Oblałem egzamin praktyczny na prawko po raz trzeci. Nie wiem jeszcze kiedy poprawka, bo dopiero we wtorek będę miał kwitek z doszkalania.
Tym razem już niewiele brakowało — już woziliśmy się na czas, bo program obowiązkowy miałem już zaliczony.
W dodatku warszawskim do wczorajszego SuperExpresu pojawił się artykuł alarmujący, że w naszym wojewódzwtwie na grypę zachorowało już ponad 4000 osób i stawiający odważną tezę o szalejącej epidemii. W 2008 roku województwo mazowieckie miało ponad 5100000 mieszkańców (słownie: pięć milionów sto tysięcy), jeśli wierzyć Głównemu Urzędowi Statystycznemu. Co oznacza, że na grypę zapadło... 0.08% mieszkańców. Zaiste, epidemia...
What happened to the next iteration of hackers? I blame generational pussification - things like the everybody-is-a-winner attitude and Coldplay are making our children soft. As the Twitter invader proves, it doesn't take much to be a "hacker" these days. Great fuckin' job, Mitnick. Give a kid a good asskicking and make him listen to Frank Zappa. He'll be able to dissect a stack frame. (Ted Dziuba)
Nie krępujcie się, formujcie swoje dzieci w duchu miękkiej super-akceptacji dla całego świata, a moja ZIZ nakopie wam i waszym dzieciom do tyłka. Już niedługo. :)
Dziś oblałem drugi egzamin na prawo jazdy kat. B. Poprawka 6 lutego.
W związku z nadciągającą zimą finansową w IT (wszyscy przepowiadają, że rok 2009 będzie ciężki, tak jak był 2000 — a ja nie mam powodu, żeby nie wierzyć), wMiastoWzięci.pl w najbliższym czasie pozostaną moim prywatnym projektem, częściowo (prawdopodobnie w całkiem sporym zakresie) edukacyjno-eksperymentalnym. Hostowany będzie tak, jak dotychczas, tzn. na najtańszej opcji na djangohosting.ch, więc w wypadku znaczącego pogorszenia wydajności (np. z powodu nagłego zainteresowania serwisem) niczego nie będę dokładał za pieniądze (procesy, pamięć, storage). Lepiej, żeby było to jasne już teraz.
Przez ten rok (co najmniej, bo może być i dłużej) zamierzam zrobić tam kilka rzeczy, ale bez ustalania jakiegoś sztywnego grafiku, bez liczenia wersji i określania terminów:
Jak widać, nie ma tego wiele, ale też nie zamierzam spędzać nad tym serwisem wiele czasu — moja córka dorasta w szybkim tempie i wymaga coraz większej uwagi. Na tyle, na ile będę mógł poświęcić na niego czas, będę coś tam dłubał, ale na pewno nie będę urządzał wyścigu do funkcjonalności, ani nie będę śledził działań konkurencji tylko po to, żeby być na czasie, ani tym bardziej o krok dalej. Nowe funkcje się pojawią, błędy będą poprawiane, serwis będzie rósł — w oczekiwaniu na lepsze czasy.
Rok 2008 nieubłaganie zbliża się do końca, czas zacząć podsumowania. Co ciekawego wydarzyło się w upływającym roku?
Jak na rok to raczej było spokojnie. ;)
Jeff Atwood napisał kolejny tekst, który trafia do mnie, tym razem o ludziach, którzy nie powinni zajmować się programowaniem. Zarzewiem był pewien wątek na pewnym forum, w którym ktoś zastanawiał się nad opuszczeniem branży programistycznej. Trudno mi się z tym artykułem nie zgodzić — w końcu zajmuję się programowaniem od ponad 10 lat. W tej branży 10 lat to jak od epoki brązu do atomu.
Wielokrotnie w ciągu tych 10 lat spotykałem ludzi, którzy programowaniem zajmowali się tylko przejściowo, między studiami a pójściem w managery, na szczęście nie musiałem z nimi współpracować, więc nie napsuli mi wiele krwi. Zawsze jednak dziwiło mnie to, że najpierw poświęcili 5 lat na uczenie się inżynierii oprogramowania na studiach i potem przez 5 lat pisali kod tylko po to, żeby wreszcie wskoczyć na najniższe stanowisko w managemencie IT, mając w dodatku perspektywę, że od najwyższego stanowiska, które będą w stanie osiągnąć na normalnej drodze kariery, dzieli ich tylko jeszcze jedno. Coś mi się tu nie zgadzało: poświęcać 15 lat na to, by osiągnąć szczytowe stanowisko w branży? Przecież można je osiągnąć szybciej, powiedzmy w 10 lat. I co ważniejsze, co dalej? Co potem?
OK, w porządku, nie jestem w stanie myśleć tak, jak myśli 98% ludzi, uważających się za normalną większość — od ciągłego obcowania z komputerami (a pewnie i z powodu szczątków klasycznego wykształcenia) wszystko co robię musi być przemyślane i mieć sens. Artykuł Jeffa Atwooda jest oparty nie tylko na przemyśleniach, sporo w nim emocji, co bynajmniej nie odbiera mu wartości, bo dobrze określa tych, którzy zostają w branży jako ludzi, którzy po prostu kochają pisać kod. Dla niektórych dziwnie wygląda 40-letni programista, dla innych to człowiek, którego w zawodzie trzyma pasja (w ciągu tych 15 lat pracy w zawodzie na pewno trafiają się lepsze propozycje, choćby ze zwykłego rachunku prawdopodobieństwa to wynika).
Ja w każdym razie zostaję. Przez pewien czas próbowałem managerzyć i cieszę się, że już tego nie robię. Moja wątroba ma się lepiej, żona jest mniej nerwowa i jakbym siwiał trochę wolniej.
Do grzecznych dzieci w Wigilię przychodzi Mikołaj, więc i mnie nie ominął. ;)
Z jego przepastnego worka dla mnie przeznaczona była gra Filary Ziemi. Ostrzyłem sobie na nią zęby przede wszystkim ze względu na tytułowe skojarzenie z powieścią Kena Folleta, którą po prostu uwielbiam. Poczytałem kilka recenzji, obejrzałem sobie dokładnie instrukcję (można sobie ściągnąć PDF-a ze strony wydawnictwa, jak dla mnie bomba) i zdecydowałem się na wydatek 130 złotych (polecam zakup na Allegro.pl, można zaoszczędzić do 20 złotych w porównaniu do Empiku, w zwykłych sklepach internetowych cena z przesyłką jest porównywalna do Empiku).
Gra jest wydana po prostu prześlicznie i z wielką dbałością o szczegóły. Plansza wykonana tak, że mucha nie siada (podklejona na złożeniach, więc zapowiada się, że będzie również trwała), drewniane pionki, pięknie ilustrowane karty. Miałem prawdziwą przyjemność z dotykania tej gry i nawet z samego patrzenia na nią.
A potem spróbowaliśmy w to zagrać z żoną. Początek był dość trudny, bo dla osób które do tej pory grywały głównie w Monopol lub Scrabble reguły są bardzo skomplikowane, ale po dwóch rundach doszliśmy do pewnej wprawy i potoczyło się nieco szybciej. W różnych recenzjach różnie się o tej grze wypowiadano, a ja mogę napisać tylko tyle, że wydała mi się dobrze zbalansowana (element losowy z elementem strategicznym). Jedyny mankament, jaki dostrzegłem, to trochę nadmierne faworyzowanie tzw. gracza rozpoczynającego (ma on pierwszeństwo w wykonywaniu różnych akcji, co daje mu pewną przewagę, np. przy wyborze surowców), ale może to specyfika gry w dwie osoby. Nie będę próbował zgadywać, czy się mojej żonie ogólnie podobało, ale widziałem u niej kilka momentów zadowolenia i przyjemności z gry. Gra toczyła się powoli i dopiero w ostatniej, VI rundzie przyspieszyliśmy — prawdopodobnie widok zbliżającej się mety tak na nas podziałał.
Było super. Podoba mi się ta gra. I polecam każdemu, choćby do spróbowania. Teraz czekam na rozgrywkę w większym gronie, w 3 lub w 4 osoby. A potem (zależnie od nastroju mojej głównej partnerki do grania) pewnie dokupię dodatek z nowymi możliwościami. :)
Oblałem ogzamin na prawko — na łuku skosiłem słupek lewym lusterkiem. Następna próba: 9 stycznia.
Albo będę miał zdany egzamin i 3-4 tygodnie oczekiwania na prawko, albo 5-6 tygodni oczekiwania na kolejny egzamin.
Dziś o 8 rano w ośrodku na Radarowej zdałem egzamin teoretyczny na prawo jazdy B. Ciąg dalszy 2 grudnia o 19, także na Radarowej — będę zdawał egzamin praktyczny. Mam nadzieję, że strategia Bernarda Montgomery da mi równie dobre wyniki, jak dawała jemu: tylko miażdżąca przewaga jest przewagą wystarczającą.
...a koniec może być nawet żałosny, byle tylko był szybki.
22 listopada 2008 roku w ośrodku na Radarowej zaczynam moją odyseję egzaminacyjną na prawo jazdy kat. B. B, czyli będę zdawał aż do skutku.
Dziś miałem pierwszą jazdę po mieście. Poszło nadspodziewanie dobrze: jechało mi się płynnie i bez problemów, pomimo sporego ruchu (hej, dzisiaj jest przecież dzień bez samochodu!), choć nie obyło się bez kilku zgrzytów w skrzyni biegów. Odwiedziłem Pragę Południe, Centrum i Mokotów, przećwiczyłem ronda, przejścia dla pieszych i szybką jazdę (na Trasie Łazienkowskiej można jechać 80, czad!). Nie stworzyłem zagrożenia w ruchu drogowym i chyba nawet nie było za bardzo widać, że się dopiero uczę.
Podoba mi się to. We czwartek i w piątek ciąg dalszy nauki.
Zacząłem dzisiaj szkolenie praktyczne na prawo jazdy, mówiąc po ludzku: miałem pierwszą jazdę. Od kręcenia głową na łuku podczas jazdy tyłem boli mnie szyja i kark, ale w końcu doszedłem do niejakiej wprawy i udawało mi się zmieścić w cholerne słupki za każdym razem.
Nie wiem, ile czasu zajmie mi zdobywanie tego dokumentu, ale teraz już się nie wycofam.
Szedłem sobie na kurs na prawko, a tu takie rzeczy... Nie powiem, poczułem się cokolwiek nieswojo.
...ale to jest zapobieganie post-factum...
Nie wyglądał na trzeźwego.
Przed południem wybraliśmy się dzisiaj na konie i nie tylko. Niedaleko od Wołomina (12 kilometrów, niespełna 20 minut samochodem), pełna infrastruktura (i pyszny obiad), przyjazna atmosfera i atrakcje dla dzieci. Jak się okazało, właścicielem jest człowiek, z którym dawno temu wypiłem wiele szklanek piwa, ale nie widzieliśmy się przez kilkanaście lat.
Mieliśmy wrócić około 16, ale przeciągnęło się o parę godzin, bez najmniejszego żalu. Było fantastycznie. Obiecujemy sobie, że niedługo ponownie się tam wybierzemy. Szczególnie kusi możliwość przenocowania tam i poświęcenia dwóch dni na atrakcje. :)
Wczoraj przyszedł mój nowy dotwarzacz Samsunga i o ile różni ludzie zachwycają się designem iPodów, to na mnie Samsung YP-T10 robi o wiele większe wrażenie. A że kolega z pracy wczoraj właśnie dostał swojego iPhone 3G, to z ciekawości spojrzałem na to, co Samsung może zaproponować w tej dziedzinie. Nie określiłbym siebie jako gadżeciaża, po prostu podoba mi się ten F480. :)
Podobno na Bałtyku szalał sztorm. Lelewizja o tym trąbiła. Ja zauważyłem tylko deszcz co chwilę i wiatr, który urywa głowy. Poza tym żadnych atrakcji. A ja myślałem, że sztorm to coś, co zapada w pamięć, jak halny w Tatrach.
Dziś znikam z horyzontu internetu na 10-11 dni — wyjeżdżamy nad morze i nie zamierzam tam niczego kombinować z dostępem do internetu, po prostu nie ma.
Wracamy 11 lub 12 sierpnia i liczę na to, że internet będzie tu jeszcze. ;)
Kupiliśmy dziś nasz pierwszy samochód. Dobiegając 40-tki, po ponad 10 latach życia po ślubie staliśmy się wreszcie właścicielami własnego pojazdu. W wielkim stresie (pomimo dokładnego sprawdzenia przez osoby postronne) kupiliśmy dzisiaj przyzwoicie wyposażonego Forda Escorta 1.6 16v kombi z 2000 roku, ze 166 000 kilometrów. Do domu dojechał i nawet wszystko, co miało działać (klimatyzacja, yay!) działało. Teraz co paręnaście minut latamy do okna w kuchni, żeby sobie na niego popatrzeć. I w sumie pomimo tego, że nie jest mały, to na naszym parkingu przed blokiem wśród Fordów Mondeo, Opli Omega i Toyot Avensis wygląda bardzo pchełkowato. Ale zmieścimy się w nim, i jeszcze przez parę lat będzie nam w nim wygodnie.
Jutro mam sprawdzić w serwisie, kiedy było wymieniane coś, co się nazywa pasek rozrządu (brzmi poważnie, ale mam pewne wątpliwości) i jaki lano do niego do tej pory olej. A w sobotę wybywamy na wioskę.
Złożyłem szafę. Cały weekend szarpaniny ale półtorametrowa szafa wreszcie stoi. Bolą mnie ręce i nogi, ale cieszę się, że nie będę musiał tego już robić na urlopie. Będę za to musiał robić inne rzeczy, bo wraz z szafą przyjechała prawie 50 kilogramowa komoda...
Na szczęście wpadłem wczoraj na szatański pomysł i kupiłem sobie jakąś wkrętarkę. Bez tego pewnie odpadłyby mi ręce od wkręcania śrub.
Jest do ściągnięcia kolejny album Nine Inch Nails - The Slip. Tak jak poprzedni, na wolnej licencji Creative Commons. Aż mi trudno w to uwierzyć...
Powoli żegnam się z pięknym miastem Debreczynem (pogoda piękna, miasto... no cóż, na pewno ma swoich miłośników). Spotkanie nie było tak straszne, jak się obawiałem, chociaż do przyjemnych nie należało. Zjedzony nie zostałem i to się dla mnie liczy. ;)
O 20:00 mój samolot wystartuje z Ferihegy i mam nadzieję około 23:00 znaleźć się we własnym łóżku.
No, nie takim znowu pięknym, przypomina raczej Piotrków Trybunalski... Ale Piotrków też pewnie ma swoich amatorów.
Najpierw godzina samolotem z Warszawy do Budapesztu, potem 2 godziny czekania na samochód w hali przylotów lotniska Ferihegy 2A, a potem jeszcze dwie godziny samochodem z Budapesztu do Debreczyna (mają autostrady... zazdrość!). Jestem półżywy. A jutro szykuje się nieprzyjemne spotkanie z klientami. Mam nadzieję, że mnie nie zjedzą, ale może być różnie...
Dopiero wyjazdy na kilka dni uświadamiają mi, jak bardzo tęsknię za Kasią i ZIZ. Gdy jestem w domu, to z niecierpliwością czekam na każdą godzinę-półtorej, kiedy zostawią mnie samego i będę mógł sobie trochę pokodować, ale gdy wyjadę na dłużej, to mi ich brakuje. Bardzo.
W dzikim widzie zainstalowałem sobie OpenSuSE 10.3 z KDE. Omatko. OMG. Co za dno. Po 3 godzinach walki z systemem mam wyjący komputer, którego desktop wygląda rzygowicznie, a każda rzecz, której się tknie, działa zupełnie inaczej, niż jest to napisane.
Szajs. Szajs jakich mało. SuSE to szajs.
Pomyślałem sobie, że skoro za niecałe 2 tygodnie ma wyjść nowe Ubuntu, to dam sobie parę dni na przetestowanie jakiejś innej dystrybucji. Padło na SuSE, ale z tego padnięcia nic nie wyszło — po pół godzinie kombinowania w pierwszych krokach instalacji zrezygnowałem nie doszedłszy do menu wyboru pakietów. Ubuntu nie każe wybierać żadnych pakietów...
A tak całkiem na poważnie, to nie wiem, czy te koszta są tak poważne.
Ten projekt to webshop (a jakże), z dość egzotycznym rodzajem muzyki. Nie obliczam go na jakiś ogromny ruch typu miliony wejść dziennie, ale z 10 000 przydałoby się obsłużyć. Oprogramowanie napiszę sobie sam (koszt: 0), pozostaje to, czego sam nie zrobię, czyli maszyna (najcieńszy Root Server na hetzner.de to około 2500 złotówek rocznie), storage (S3, z pewnym okładem to 250 złotówek miesięcznie) i opłaty dla firmy rozliczającej płatności. Razem daje to około 5500 złotówek samego kosztu utrzymania, kosztów administracyjnych jeszcze nie udało mi się policzyć.
Dużo? Czy nie dużo? Trudno mi powiedzieć, chociaż tak na oko nie wydaje się to jakimś ogromnym wydatkiem.
Jeszcze tylko 15 minut i będzie moja, całkiem legalna ($5 to naprawdę drobne pieniądze za płytę NIN).
Nie mogę się już doczekać.
Jak dla mnie, najbardziej rozedrgany utwór na płycie The Fragile.
Nazywam się HP Compaq 6510b i jestem zajebistym przenośnym komputerem. Znaczy, laptopem.
Tak, kupiłem sobie wreszcie nowego laptoka. Jest fantastyczny. Było trochę przejść przy instalowaniu Ubuntu 7.10, ale w końcu się udało.
Zaczyna się od zwolnienia. W sobotę straciłem całkowicie głos i ledwie byłem w stanie oddychać. Jakoś przecierpiałem do poniedziałku i nie omieszkałem wziąć sobie kilku dni zwolnienia. Praca nie dała od siebie odpocząć za bardzo, ale może dam radę napisać kilka linijek kodu dla siebie.
Kiedyś było to dla mnie dość normalne... Czyżby dopadała mnie nostalgia za kawalerskimi czasami? ;)
Wygląd tego wpisu przekonuje mnie, że czym prędzej muszę się rozejrzeć za jeszcze szerszym szablonem, bo mi sie stripy z XKCD nie mieszczą...
Moja córka Zofia (niegdyś znana jako ZIZ, obecnie lat około 3,5) nauczyła się pisać. Umie już napisać MAMA, TATA, LATO i LALA. Przymierza się już do pisania książek.
Jeszcze się nie zdecydowałem, ale moim następnym nabytkiem w dziedzinie aparatów fotograficznych będzie produkt firmy Canon: albo G9, albo S5 IS. Jeszcze się tylko muszę z żoną skonsultować, czy dobry kompakt, czy może superzoom...
Bardzo brakuje mi w naszym pięknym kraju porządnej, stabilnej gazety codziennej o profilu konserwatywnym. Pewne nadzieje pokładałem w dzienniku Polska, podobno powstającym we współpracy z The Times (co mi właśnie tak konserwatywnie wróżyło), a wydawanym przez Polskapresse. Kupiłem dzisiaj numer i zrozumiałem, że to była daremna nadzieja. To będzie kolejny dziennik o linii umiarkowanie prorządowej, podobnie jak springerowski Dziennik. Przykre. Gazeta Polska pozostaje jedyną gazetą o akceptowalnej linii politycznej, największa szkoda w tym, że nie jest dziennikiem.
Moja córka ma 3 lata (no, prawie 3 i pół). Jak każde dziecko lubi, żeby jej opowiadać bajki. Kilka dni temu nieopatrznie zagaiłem, że mógłbym jej opowiedzieć historię o tym, jak niania Ogg i babcia Weatherwax pojechały do Ankh Morpork zwerbować trzecią czarownicę do zespołu... No i zaczęło się. Wczoraj musiałem opowiadać o upiorze w gmachu opery. Dzisiaj chciała, żebym opowiedział, jak doszło do tego, że w Ankh Morpork zjawił się Enrico Basilica. Mam tych opowieści jeszcze na dwa wieczory, a potem będę musiał kupić kolejne książki Pratchetta, żeby znowu mieć, co opowiadać.
Dla miłośników konkursów pytanie: z jakiej powieści opowiadam teraz historie? A dla miłośników głosowań kolejne: którą książkę Pratchetta mam przeczytać jako następną?
W naszym mieszkaniu tak dość dziwnie się dzieje, że kiedy zaczynają grzać kaloryfery, wtedy też pojawiają się przebicia na różnych metalowych przedmiotach — najczęściej na klamkach do łazienki i ubikacji, ale też na aluminiowych narożnikach ścian a nawet na śrubach, którymi skręcone są meble. Nie mam wytłumaczenia tego faktu, szczególnie w przypadku śrub w meblach, które przecież nie stykają się z żadnymi przewodnikami elektrycznymi.
Ot i kolejne dziwactwo naszego mieszkania. Krzywe ściany są wytłumaczalne, ale to można potraktować chyba tylko jako zemstę zza grobu socjalizmu z jego "jakością".
Zamierzam (i to poważnie) przejść na zawodową emeryturę za około 20 lat, więc wypadałoby już teraz zacząć się zastanawiać, czym się wtedy zajmę. Mam kilka wizji, głównie opartych na przeświadczeniu, może błędnym, a może jednak nie, że inni ludzie mogą lubić to, co i ja. Więcej nawet, że są skłonni zapłacić za te przyjemności, które ja im z przyjemnością będę dostarczał. Pisania programów w to nie wliczam, pozbyłem się już złudzeń...
Może jedzenie? Weekendowe biesiady na Podlasiu, pełne naturalnej żywności. Świeże warzywa, świeże mięso, świeży nabiał. I atrakcje (nie tylko kulinarne), jakich nie zazna się w normalnej restauracji na mieście — jak pieczenie chleba czy kolacja przy lampach naftowych. W ciągu najbliższych 20 lat najprawdopodobniej zmieni się zarówno stan polskiej gospodarki, jak i okolice, w których chciałbym otworzyć to przedsięwzięcie, jednak pomyśleć nie zaszkodzi. W każdym razie, mając dziś perspektywę nieodległej emerytury (moja jeszcze jest odległa), wziąłbym to rozwiązanie pod uwagę, jestem w stanie wyobrazić siebie w takiej roli.
Na pewno będę miał jeszcze wiele wizji i pomysłów, a ten jest raptem drugi czy trzeci...
Ładna pogoda wypchnęła nas na godzinkę do lasu w Klembowie, w okolice, gdzie od kilku tygodni próbujemy kupić działkę pod nasz przyszły (_potencjalny_ też dobrze brzmi) dom. Oczywiście, komary. Oczywiście, tłum grzybiarzy, pomimo późnej już (przynajmniej jak na zbieranie grzybów) pory. Ale przede wszystkim komary, a do tego kilka grzybów, ledwo widocznych spoza chmar komarów. Nie będziemy próbować kupić działki w bezpośredniej bliskości lasu, jakkolwiek fajnie byłoby mieć drzwi do lasu — nie odpowiada mi jednak życie w chmurze komarów.
Córka była szczęśliwa, żona była zadowolona, znaczy — warto było. Pomimo tego, że po sobotnim kieracie pragnąłem tylko siedzieć z wyciągniętymi nogami.
Oglądanie kolejnych czterech działek-kandydatek zostawiliśmy sobie na popołudnie. Może uda się znaleźć z godzinkę, żeby wsiąść na rower i zbadać sytuację w okolicach Dobczyna.
Trochę nakręcony przez żonę, a trochę z powodu wściekłości na ciasnotę naszego obecnego lokum, zacząłem kilka miesięcy temu rozglądać się za jakąś ładną, dużą i tanią działką budowlaną w okolicach naszego Wołomina. Początkowo liczyłem się z wydatkiem rzędu 130.000 złotych, ale doznałem bardzo bolesnego zderzenia z rzeczywistością i musiałem podnieść tę kwotę do 200.000, żeby spełnić przynajmniej dwa z trzech wspomnianych wcześniej warunków. To, co prawda, nie stawia pod znakiem zapytania całej inwestycji, a jedynie przesuwa ją w czasie o kilka lat — spłacenie takiego kredytu zajmie trochę więcej czasu, ot, ze trzy, cztery lata... Biorąc pod uwagę, że i tak nie zacznę budować domu przed 40-tką, to niewielkie opóźnienie. I tak skończę będąc już zbyt starym, by organizować tam dzikie melanże, prawdopodobnie poprzestaniemy na garden parties w gronie podobnych nam tetryków.
Problem zaczął się, kiedy pojawiły się pierwsze działki do obejrzenia — trzeba rzucić wszystko, żeby obejrzeć, co pani agenta znajdzie, a tu jeszcze koleżanka małżonka mówi, że jej nie pasuje. Gdybyśmy jeszcze mieli samochód, to moglibyśmy się umawiać na oglądanie wtedy, kiedy nam wygodnie, a nie wtedy, kiedy możemy zostać zawiezieni przez panią agentę. Sam nie pojadę, razem nie pojedziemy, ktoś jednak musi, a w końcu i tak muszą wszyscy. Ale to był mały pikuś.
Duży pikuś pojawił się wtedy, gdy koleżanka małżonka zobaczyła koszty kredytu. Niby wcale nie tak wiele, biorąc pod uwagę, ile zarabiamy i ile wydajemy, ale kwota sama w sobie robi wrażenie. No i zrobiła na małżonce. Zrobiła wrażenie takie, że kobieta uznała, że nas nie stać (pomimo tego, że stać nas bez specjalnych wyrzeczeń).
Uda się? Nie uda? Się zobaczy.