Sezon wczasowy 2010 rozpoczniemy 17 maja. Planowaliśmy Korfu, ale nie było z czego wybrać. Planowaliśmy również Thassos, ale też nie było ofert. W końcu, żeby gdziekolwiek pojechać, zarezerwowaliśmy sobie tydzień na Chalkidiki. Może nam od tego nie powypadają włosy.
No właśnie, co wybrać? Diesel czy benzyna? I jedno i drugie kusi, a zwycięzca, jak w każdej rywalizacji (tu: o względy nabywcy), może być tylko jeden. Ja z uporem i systematycznie wybieram benzynę, choć nie w każdym przypadku — o tym może w innej opowieści. Ale najpierw trochę rozważań dla wyjaśnienia ewentualnych wątpliwości.
ON jest tańszy, wygrywa diesel!
Olej napędowy w kraju nad Wisłą rzeczywiście jest tańszy, czasem nawet znacząco. Że nie wszędzie panuje taka reguła mogą się przekonać ci, którzy zwiedzają inne kraje Europy: w Grecji różnica w cenie 1 litra paliwa wynosi 3-5 centów (np. w 2009 roku na Kos: benzyna EuroSuper €1.08/l, ON €1.05/l), a w Szwajcarii ON jest wręcz droższy od benzyny. Dlaczego, czyżby wytwarzanie oleju napędowego w tych krajach było droższe niż w Polsce? Oczywiście że nie, zastosowanie tej samej technologii daje podobny stosunek kosztów niezależnie od tego, gdzie jest ona używana. W każdym europejskim kraju najważniejszym czynnikiem kształtującym cenę paliwa są podatki nakładane przez państwo — przede wszystkim akcyzowy, ale także drogowy, ekologiczny i jakie sobie tylko rząd jest w stanie wymyślić (a inwencja rządów w tej dziedzinie nie ma granic, chyba każdy przyzna mi tu rację). To, że w Polsce ON jest tańszy np. o 20% od benzyny jest wynikiem tylko i wyłącznie tego, jakimi podatkami rząd okłada poszczególne rodzaje paliw. Silne lobby (transportowe, rolnicze, przemysłowe, itd.) w naszym kraju wymogło obłożenie ON niższym podatkiem akcyzowym, niż benzyny. A skoro ta różnica wynika tylko z decyzji administracyjnych, to nie można zakładać, że będzie trwała wiecznie — rząd zabiera mniej użytkownikom pojazdów napędzanych olejem napędowym, ale w każdej chwili może zmienić zdanie i eldorado się skończy.
Pozostaje jeszcze kwestia sezonowych wahań cen ON, rzeczy praktycznie nieznanej w przypadku benzyny. Jesienią i zimą cena oleju rośnie, po czym wiosną ponownie nieco spada, a rośnie tym bardziej, im niższe panują temperatury. Wynika to z faktu, że olej opałowy tak naprawdę to olej napędowy obłożony inną stawką akcyzy i dla odróżnienia barwiony na inny kolor. Latem większy udział paliwa z produkcji rafinerii jest sprzedawane jako olej napędowy, a jesienią i zimą jako opałowy. Ta akurat różnica nie jest spowodowana ingerencją państwa, ale zwykłym prawem podaży i popytu — malejąca podaż powoduje wzrost cen. Że nie są to groszowe sprawy mogą świadczyć pojedyncze przypadki, kiedy cena litra ON dorównała lub przekroczyła cenę litra benzyny.
Auto z silnikiem diesla pali mniej, wygrywa diesel!
Oczywista racja, z powodu wyższej sprawności silnika z zapłonem samoczynnym jego zapotrzebowanie na paliwo rzeczywiście jest mniejsze. Na ile mniejsze? Producenci aut prześcigają się w deklaracjach, jak to mały apetyt mają ich auta, podając czasem zawrotne wartości 4-4.5 l/100km dla silników 1.6 z wtryskiem w technologii Common Rail. W porównaniu do średnich 6-6.5 l/100km dla odpowiadających im silników benzynowych 1.6 16v DOHC z systemami zmiennych faz rozrządu to rzeczywiście mniej. Pamiętać jednak trzeba, że testy nie są przeznaczone do informowania o rzeczywistym zużyciu paliwa, a ich zadaniem jest umożliwienie porównania. Mając to na uwadze nie można powiedzieć, że silnik benzynowy o mocy ok. 115PS i pojemności 1.6 zużywa 2 litry paliwa więcej na 100km niż silnik wysokoprężny z CR o pojemności 1.6 i mocy ok. 105PS, a jedynie że takie wyniki zostały osiągnięte w warunkach laboratoryjnych. Dla naszego szarego życia w szarej rzeczywistości wynika z tego jedynie, że silnik wysokoprężny będzie zużywał mniej paliwa — a pytanie "ile mniej?" nadal pozostaje bez odpowiedzi.
Czas sięgnąć po dane z obserwacji. Różne serwisy prowadzą "dzienniki kosztów", z których można coś wywnioskować. Wynika z nich, że w normalnych warunkach różnice są mniejsze, niż podają producenci, a w skrajnych przypadkach w ogóle znikają! Co to są za przypadki? Ano, przypadki ciekawe:
pojazdy użytkowane wyłącznie w mieście;
pojazdy użytkowane na krótkich trasach, na tyle krótkich, że silnik nie zdąża rozgrzać się do swojej optymalnej temperatury pracy;
pojazdy użytkowane mało (na potrzeby tego artykułu można przyjąć, że jest to poniżej 20km dziennie).
Komu więc nie będzie się opłacał diesel? Taksówkarzom, ludziom, którzy wykorzystują auto wyłącznie do dojeżdżania do pracy na dystansie 3-4km i ludziom, którzy częściej auto myją, niż nim jeżdżą. A komu będzie się opłacał? Przedstawicielom handlowym i policji autostradowej.
Zespół napędowy, proste vs. skomplikowane, wygrywa benzyna!
Wspominałem już o tym przy okazji mojego wydziwiania nad silnikiem VAG 1.2 TSI — zespół napędowy w autach z nowoczesnym dieslem jest niezwykle skomplikowany, a więc również kosztowny w przypadku awarii. Zarówno wtrysk Common Rail, jak i pompowtryskiwacze (Pumpe Düse) to arcydzieła inżynieryjne, tak skomplikowane rzeczy po prostu muszą dużo kosztować. To, że wymagają dodatkowo paliwa o ściśle określonych parametrach wydaje się oczywiste, ale dodatkowo oznacza też, że każde odstępstwo od tych parametrów może skończyć się poważną awarią tych skomplikowanych i czułych elementów. O tym, że niektórym producentom (właściwie to jednemu czy dwóm...) udało się skonstruować silniki, które mają większy margines dopuszczalnych wartości parametrów zwanych potocznie jakością paliwa świadczy tylko o tym, jak bardzo skomplikowane są urządzenia wtryskowe w silnikach diesla.
Silnik wysokoprężny niemal zawsze obecnie jest wyposażony w turbosprężarkę, dającą mu dodatkowo wysoką elastyczność w szerokim zakresie prędkości obrotowych. Turbosprężarka (zwana potocznie turbiną, choć turbina to tylko jedna z jej części) to urządzenie z powodzeniem stosowane od ponad pół wieku w różnych silnikach, więc i konstrukcję ma zwykle dopracowaną w najmniejszym szczególe. Co nie znaczy, że nie można jej zepsuć. Użytkownicy silników 1.9 dCi z Renaultów, Nissanów czy Volvo aż za dobrze wiedzą, że można — ale ich przypadek jest szczególny, więc nas nie interesuje. Każdą turbinę można zniszczyć w ten sam sposób, obojętne czy silnik ma wtrysk CR czy PD (czy wręcz jest zasilany pompą rotacyjną). Ba, tyczy się to również turbodoładowanych silników benzynowych! Turbina wymaga szczególnego obchodzenia się z nią, a wynika to ze szczególnych warunków jej pracy — z tego, że jest napędzana gorącymi gazami spalinowymi. Jest kolejnym elementem, który wymaga chłodzenia i trzeba pamiętać o tym, żeby to chłodzenie jej zapewnić. Czyli: nie piłować silnika zanim się nie rozgrzeje i nie wyłączać go natychmiast po ostrej jeździe (wyłączenie silnika wyłącza obieg cieczy w układzie chłodzenia...).
No i ostatni element tej układanki skomplikowanych elementów — dwumasowe koło zamachowe w układzie sprzęgła. W skrócie chodzi o to, żeby nie przenosić wielkich obciążeń bezpośrednio z wału napędowego do układu jezdnego — te wszystkie szarpnięcia zmianami momentu obrotowego jakoś muszą zostać zamortyzowane, żeby nie dotarły do osi napędowej. Tym, co odpowiada za tę amortyzację jest właśnie koło dwumasowe, potocznie zwane dwumasem. W porównaniu do zwykłego koła zamachowego jest dużo bardziej skomplikowane, ale także jest narażone na dużo większe obciążenia. I niestety, żadnemu z producentów nie udało się skonstruować takiego koła dwumasowego, które byłoby trwałe i tanie. Mało tego, żadnemu nie udało się skonstruować takiego, które byłoby trwałe lub tanie — wszystkie są nietrwałe i drogie. Koszt wymiany przekracza zawsze 2 tys. zł, może być jedynie dużo więcej niż 2000 lub niedużo więcej niż 2000... Pewnym rozwiązaniem może być montaż zestawu 4P firmy Valeo, który zastępuje koło dwumasowe (i przez to jest tańszy), jednak nie do każdego modelu jest on dostępny.
Żeby nie było, że coś przemilczam, w niektórych modelach aut z silnikiem benzynowym również są montowane dwumasy — np. w poliftowych Volvo S/V40 (wszystkie poza silnikiem 1.6). Jednakowoż przypadki jego uszkodzenia są sporadyczne, a jest to związane z dużo mniejszymi przeciążeniami na wale napędowym. Niestety, ich koszt, przynajmniej w przypadku S/V40, jest dużo wyższy, niż do diesli...
To co ja mam wybrać?!
Ja Ci tego nie powiem (zajrzyj np. do Tylika: tu, tu i tu)... Zastanów się, na ile niższy koszt paliwa będzie w stanie zrekompensować Ci wyższy koszt serwisowania auta. Wyliczenie takie będzie dość proste przy nowym samochodzie, a używane będzie wymagało dokładniejszego sprawdzenia, czy wspomniane wysokoczułe elementy są w pełni sprawne (a i tak nie będzie gwarancji, czy nie padną w miesiąc po zakupie). Moje zdanie jest takie: do miasta lub przy przebiegach rocznych mniejszych niż 40 tys. km - benzyna, jeżeli w dłuższe trasy i na duże przebiegi - benzyna z gazem lub diesel.
A teraz pozostaje już tylko dokonać wyboru modelu i przeprowadzić udaną transakcję kupna, ale to już w innej opowieści...
it’s become apparent
in my head a little machine
in the light i’m quite transparent
in the dark, i’m such a dream
there are two sides to me
sometimes i set the evil one free
cause i’m in love with the devil
and she’s in love with me
and i go, and i go away
sometimes i lose myself
sometimes in a bad way
it’s never ending i’m going to hell
as long as you go with me
when you’re down you’ll only want it now
isn’t it nature to break somebody’s heart?
i won’t treat you wrong
and i won’t treat you bad
and in my eyes tonight
and if you’re all alone
i will be you’re only
...kiedy muszę pojechać do pracy komunikacją publiczną przekonuje mnie o tym, że przesiadka do samochodu (i nieużywanie komunikacji publicznej) jest najlepszą rzeczą, jaką zrobiłem w tym roku. A bardzo możliwe, że ogóle w moim prywatnym (pozarodzinnym i pozazawodowym) życiu. Syf, ścisk, brak punktualności i rzadkie kursowanie. Z każdą z tych rzeczy można coś zrobić żeby poprawić stan publicznej komunikacji w Warszawie, ale najwyraźniej decydenci mają to w dupie — lepiej jest utrudnić kierowcom prywatnych samochodów życie do tego stopnia, by przesiadka do śmierdzących, zatłoczonych i wiecznie spóźnionych autobusów okazała się mniejszym złem (od: stania w korkach, braku miejsca do zaparkowania auta, wysokim opłatom parkingowym, itd.).
Pozwolę sobie trochę ponarzekać. Nie będzie to takie narzekanie, jak mojego sąsiada, osiadłego w Polsce Bułgara, chociaż temat ten sam — polskie drogi.
Przejechałem się dzisiaj w te i nazad do Warki. Droga do tej pięknej położonej malowniczo nad Pilicą miejscowości jest zasadniczo dobra: najpierw kawałek dwójką, potem siedemnastką, potem pięćdziesiątką i pod koniec kawałek jakąś drogą wojewódzką. Wiadomo, jak się jeździ — tak, żeby było szybko i bezpiecznie. Akurat tę trasę pokonuje się bardzo przyjemnie, ale tylko do momentu... skrzyżowania! Nie wiadomo jaka mądra głowa wpadła na pomysł, żeby np. skrzyżowanie dróg nr 17 i 50 zrobić w postaci ronda (i pozostałe z rozpędu też). Jak wiadomo, rondo służy poprawie bezpieczeństwa i płynności ruchu, ale nie wtedy, gdy na krzyżujących się drogach natężenie jest takie samo, a ruch odbywa się głównie na wprost. Wpływ na bezpieczeństwo jest taki, że objeżdżając wyspę trzeba odpowiednio zredukować prędkość, przez co ewentualne kolizje są mniej groźne w skutkach.
A jak to wygląda na tych kilku rondach na tej trasie? Dla ustalenia uwagi weźmiemy sobie wspomniane wcześniej rondo w miejscowości Kołbiel, na skrzyżowaniu dróg krajowych 17 i 50, ale pozostałe na tej trasie (czyli w sumie wszystkie skrzyżowania dróg krajowych i wojewódzkich!) prezentują się tak samo. Droga krajowa nr 17 to główna trasa z Warszawy na Ukrainę przez przejście w Hrebennem, a DK 50 to trochę dziwna droga łącząca m.in. wschodni odcinek DK 8/S8 (czyli szlaku na Litwę i Białoruś) z południową częścią DK 7/S7 (szlaku północ–południe). Ruch na tych obu trasach jest bardzo duży, a ciężarówki ciągną się tam długimi kolumnami. Przed tym rondem we wszystkich kierunkach korek zaczyna się 1.5-2km wcześniej. Tempo jest ślimacze, ponieważ ruszenie wielką, kilkudziesięciotonową ciężarówką wymaga nieco więcej czasu, niż ważącym niecałe 1.2t samochodem osobowym — zanim kierowca takiego wielkiego camiona wepchnie go na to rondo, mija ze 20 sekund (w tym czasie ze 2 samochody osobowe zdążyłyby wjechać i zjechać). I dlatego stoją wszyscy po równo. I nie ma litości dla tych, którzy tylko skręcają w prawo.
O ile ronda sprawdzają się doskonale na drogach o mniejszym natężeniu ruchu (jak np. doskonale wymyślone i zrobione rondo w Zielonce na skrzyżowaniu DW 637 i 634), to przy takim ruchu jak w Kołbieli są po prostu wąskimi gardłami. No, ale ronda są w modzie i przecież podnoszą bezpieczeństwo.
W związku z rozglądaniem się za drugim autem (żona też człowiek i ma prawo jeździć gdzie chce i ile chce), staram się zdobyć jak najwięcej informacji o potencjalnych kandydatach. Najlepszym miejscem do poszukiwań są prawdopodobnie internetowe fora klubów użytkowników interesujących nas marek i modeli, jest jednak pewne ale... Przytłaczająca większość tych forów nie pozwala na czytanie ich zawartości bez uprzedniej rejestracji! Tak, żeby poczytać o czymś trzeba się zarejestrować i to mnie powoli zaczyna doprowadzać do szału — rozważaliśmy zakup Hondy Civic VI generacji, ale żeby coś o tym aucie poczytać musiałem założyć sobie konto na forum Honda Civic FanKlub (nie linkuję, żeby im nie przysparzać sławy), potem był Opel Corsa i to samo, z Peugeotem 206 tak samo. Mam już konto na forum Ford Club Polska i na forum Peugeota 406 (ech, jednorożec...), ale przecież nie będę sobie zakładał kont na forach wszystkich marek i modeli, które biorę pod uwagę przed zakupem...
Wątpię, żeby ktokolwiek z administratorów to przeczytał, ale napiszę wyraźnie: ludzie, opamiętajcie się, to nie ma sensu!. Jeżeli komuś zależy na popularyzowaniu czegoś, to nie zamyka osobom postronnym dostępu do informacji o popularyzowanym przedmiocie! Oczywiście, jest jeszcze możliwość syndromu psa ogrodnika, ale nie wierzę, że chodzi o to, by specjalnie zamknąć ludziom dostęp do informacji...
Wraz ze zbliżającą się 40-tką dojrzewam do kupienia sobie sportowego samochodu. Symptomatyczne dla wieku i przynależności do klasy średniej, jak sądzę. W związku z tym, że do 40-tych urodzin zostało jeszcze ponad półtora roku, na razie przechodzę etap wyboru obiektu. W sferze zainteresowania chwilowo są 3 modele dużych coupe robionych przez białych ludzi (bo niczego małego i robionego w Azji nie kupię) i jeden rezerwowy, gdyby kupienie żadnego z pozostałych nie wchodziło w grę:
Każdy z nich ma swoje plusy dodatnie i plusy ujemne, niestety. O co z Peugeotem chodzi, to wiadomo — jednorożec (więc ma największego plusa ze wszystkich konkurentów) ale bardzo trudno dostępny w stanie niezajeżdżonym i niebitym, a potem bynajmniej nie tani w utrzymaniu (szczególnie w wersji z silnikiem 3.0 V6 24v i to wcale nie z powodu apetytu na paliwo...). Mercedesów jest sporo i w pełnej gamie silników, ale w środku toto wygląda niestety jak taksówka i nie jestem pewien, czy jazda takim czymś sprawi mi przyjemność. Cougarów na rynku jest przeciętnie dużo, ale to nowy zawodnik w mojej stawce i muszę się do niego przekonać. Na plus przemawia to, że to znajomy Ford i jego cena, a na minus... pochodzenie od Mondeo Mk2. Przeciwko Volvo przemawia mała podaż i wysoka cena. Poza Mercedesem wszystkie te samochody mają entuzjastyczne oceny od swoich właścicieli i gdyby nie duża podaż CLK to nawet nie spojrzałbym w jego stronę. Ostatnia nadzieja w paru znajomych, którzy sprowadzają auta z Niemiec, może na tamtym rynku uda się coś ciekawego wyrwać.
Większość konkurentów (poza, oczywiście, Peugeotem) nie dostąpiła jeszcze zaszczytu przewiezienia mnie, więc najważniejsza próba dopiero przed nimi. Jeszcze trochę czasu na podjęcie decyzji mam, ale szykuje się ciekawy rok...
Pojechałem sobie obejrzeć kandydata na jednorożca — daleko nie było, więc urządziłem sobie wycieczkę do Góry Kalwarii. Miało być pięknie, a wyszło... jak zwykle.
Już od pierwszego spojrzenia miałem pewne wątpliwości co do rzekomo idealnego stanu tego auta, nie pasowało mi ułożenie pokrywy bagażnika względem błotników i lamp, a także łączenie lewego przedniego słupka z błotnikiem. Różnice między lewą i prawą stroną były minimalne, ale wyczuwalne pod palcami. Ale pomyślałem sobie, że pierwsze koty za płoty, może to tylko takie wrażenie, a w końcu samochód ma już 10 lat... Niestety, potem było coraz gorzej.
samochód niby z Niemiec od jednego właściciela, ale kupiony i serwisowany we Włoszech (książka serwisowa też włoska);
skóra na siedzeniu kierowcy potwornie zniszczona, podobnie jak skórzane obszycie kierownicy — może jeździł nim jakiś punkowiec w spodniach z ćwiekami i nabijanych rękawiczkach?
jeden z pary kluczyków połamany i poklejony jakąś taśmą, starty tak, że aż widać mosiądz;
drzwi po stronie pasażera nie dały się do końca otworzyć, coś je blokowało w ok. 2/3 skoku.
Oczywiście, że byłem podjarany tym samochodem, to w końcu kandydat na jednorożca, w dodatku niemal dokładnie taki, jak sobie wymarzyłem (no, może poza kolorem...). Jednak nawet to nie pomogło, z każdą chwilą oglądania go w komisie traciłem zainteresowanie. Wychodząc stamtąd po około 20 minutach byłem już pewien, że to nie ten. Sprzedawca też raczej nie robił wielkich podchodów, żeby mi go sprzedać — poza standardową gadką że nic nie puka, nic nie stuka nie był w stanie przekazać mi niczego, co mogłoby zachęcić mnie do zakupu. Cena ostateczna wyniosła 19500zł, co jak na rocznik 1999 wygląda na przeciętną (porównując z ofertami z Niemiec).
Auto-Świat zapłakał nad bezpieczeństwem na polskich drogach, ale łzy to były raczej krokodyle... Handlowcy postrachem dróg, tak się tytułuje ten artykuł. Wynika z niego przerażająca wizja zabójców w firmowych samochodach, którzy powodują niewspółmiernie dużo wypadków. Niewspółmiernie do swojej ilości — podobno kierowcy 8% pojazdów powodują 30% wypadków i oczywiście coś trzeba z tym zrobić.
Bzdura. Piramidalna.
Liczby wyglądają alarmująco, ale tylko do czasu, gdy porówna się ile te auta jeżdżą. Przeciętny kierowca takiej służbówki robi rocznie 40-60 tysięcy km (podobno 100 tysięcy też nie jest niczym niezwykłym). Dla porównania, przeciętny nalot prywatnego auta to 12-15 tysięcy km, a sporo ludzi jeździ swoimi samochodami po 5 tysięcy km rocznie, większość moich sąsiadów nie przejeżdża nawet 100 km tygodniowo żeby wyrobić te 5 tysięcy. Żeby taka statystyka miała w ogóle sens, należałoby liczyć nie sztuki, a przejechane kilometry — ilość spowodowanych wypadków na tysiąc czy 10 tysięcy przejechanych kilometrów. Wtedy można byłoby porównywać — zwłaszcza, że wypadki powodują ludzie, a nie pojazdy (no, może poza ewidentnymi przypadkami samopodpalających się Peugeotów...).
Tak że: spokojnie. To tylko statystyka + nieuprawnione wnioski.
we wtorek byłem na NIN w Poznaniu, było bosko (pomimo tego, że dałoby się trochę pomarudzić nad dramaturgią koncertu);
złapałem jakąś grypę od córki lub od żony;
w wiejskiej posiadłości dorobiliśmy się fajnego stołu ogrodowego, sobotni test przy grillu wypadł pomyślnie;
podczas jazdy zapala mi się czasami kontrolka od ABS, ale nie stać mnie na naprawianie tego w tym miesiącu (1 czujnik ABS do Escorta = 550zł), muszę jeździć ostrożniej;
W ciągu moich pierwszych 6 tygodni jeżdżenia bez L na dachu (licząc od dnia odebrania prawka i odliczając tydzień w Grecji) nakręciłem 2000km i w związku z tym czuję się uprawniony do poczynienia kilku obserwacji na temat realiów ruchu drogowego w mojej okolicy:
sygnalizacja świetlna to wynalazek, dzięki któremu w ogóle daje się jeździć — kilkakrotnie trafiłem na awarię sygnalizacji w okolicy węzła Płowiecka (skrzyżowania Ostrobramska/Marsa/Płowiecka i Marsa/Chełmżyńska) i natychmiast powstawał tam albo kompletny chaos, albo nie dało się przejechać drogą podporządkowaną;
stan nawierzchni drogi 634 nie jest jeszcze taki tragiczny, droga 631 na odcinku od Zielonki do Warszawy to jest dopiero koszmar;
na drodze 631 tym, co powoduje największe korki jest brak wydzielonych pasów do skrętu w prawo/lewo na skrzyżowaniach w Ząbkach i w Rembertowie — jeden chce skręcić, a za nim stoi sznurek samochodów również czekających, aż ktoś go przepuści;
w Warszawie nie brakuje dróg ani przejść dla pieszych, brakuje za to mostów i wiaduktów — rzeka i tory kolejowe dzielą miasto na niemal izolowane wyspy;
tylko raz spotkałem się z oczywistym przejawem agresji, więc sądzę, że ten problem jest co najmniej sztucznie rozdmuchany;
i w drugą stronę, życzliwość wśród kierujących rośnie odwrotnie proporcjonalnie do odległości dzielącej od skrzyżowania Ostrobramska/Marsa/Płowiecka — od ronda w Zielonce prawie wszyscy są tak milutcy, że tylko do rany przyłóż;
jeżeli motocykliści chcą by ich lepiej traktować, to nie powinni traktować przepisów jak sugestii, tylko jak obowązujące prawo — nie jeździ się po liniach oddzielających kierunki ruchu (zwłaszcza jak jest to podwójna ciągła), sygnalizuje się zmianę kierunku jazdy, nie wyprzedza po prawej poza przypadkami dozwolonymi w kodeksie i przestrzega ograniczeń prędkości.
Ogólnie jestem bardzo zadowolony z wożenia się. Daje mi to ogromną frajdę niezależnie od tego, czy jadę szybko czy wolno, w trasie czy w mieście, w dzień czy w nocy. Nie wiem jak żyłem bez tego do tej pory. ;)
Zimno. Odkąd wróciłem z Grecji jest mi nieustająco zimno. Niestety, w te wakacje raczej nie uda mi się dostać 10 dni urlopu, więc jeżeli już pojedziemy do Grecji, to na tydzień.
Ustaliliśmy z żoną, że w przyszłym roku Escort idzie do ludzi. Jakby to wyczuł, bo zaczął się sypać: najpierw jakiś wyciek z układu hamulcowego, teraz problemy ze sprzęgłem i skrzynią biegów.
Po raz pierwszy od ponad miesiąca przyjechałem dziś do pracy komunikacją publiczną. Bez stania w korkach i czekania na autobusy (akurat dziś podjeżdżały w mgnieniu oka) zajęło mi to 70 minut (85 od wyjścia z domu). Samochodem w 70 minut dojeżdżam stojąc w korkach (Piłsudskiego/Chełmżyńska i Marsa). Na szczęście to był jednorazowy wybryk, już jutro znowu zamieniam bus na wóz.
Byliśmy przez tydzień w hotelu Mediterranean Beach Resort w Laganas na Zakynthos (Grecja) — planowaliśmy spędzić ten tydzień w hotelu Crystal Beach w Kalamaki, ale organizator odwołał imprezę na 2 tygodnie przed wylotem. W kilku (tematycznych) odcinkach postaram się opisać ten przypadek. Na początek — garść informacji ogólnych o przelocie i biurze podróży.
Przelot i transfer do hotelu
Lot na Zakynthos trwa ok. dwie i pół godziny, co dla palaczy oznacza minimum 4 godziny bez papierosa (na lotnisku F. Chopina po przejściu kontroli bezpieczeństwa nie ma miejsc, gdzie można zapalić). Przez kontrolę bezpieczeństwa można przenieść suche jedzenie, natomiast nie można przenieść napojów — jedynym miejscem, gdzie można nabyć napoje są sklepy wciąż nazywane wolnocłowymi, jednak należy przygotować się na ceny o ok. 100% wyższe, niż normalnie (zielona Nestea 0.5l = 6.30PLN). Nie warto kupować na pokładzie samolotu, bo ceny zaczynają się od €2 za małą puszkę coli do €3 za tę samą Nesteę, a kanapka to wydatek rzędu €4.
Sam lot przebiega jak każdy inny lot, z wyjątkiem lądowania — lotnisko na Zakynthos ma bardzo krótki pas, więc lądowanie przebiega dość gwałtownie. Należy się też przygotować na uderzenie gorąca po wyjściu z samolotu — na lotnisku nie ma rękawów i wychodzi się wprost na płytę do autobusu. Bagaż dostarczany jest dość szybko, prawdopodobnie z powodu małego ruchu.
Transfer do Laganas jest niemal niezauważalny — z lotniska do centrum Laganas jest dosłownie kilka kilometrów, więc po 10 minutach można już wysiąść z autobusu i po zameldowaniu w hotelu zacząć wymarzone wakacje w Grecji.
Tzw. opieka rezydenta
W przypadku biura podróży Itaka nie należy się sugerować tą opieką. Sprowadza się ona do jednego spotkania informacyjnego na początku z omówieniem wycieczek fakultatywnych i potem do godzinnych dyżurów w recepcji godzinach porannych. Poza tym jedną rolą rezydenta jest chyba pobieranie prowizji za wspomniane wycieczki i wynajem samochodu. Na spotkaniu informacyjnym warto być, żeby dowiedzieć się co jest godne odwiedzenia i zdobyć kilka przydatnych informacji lokalnych (np. którym statkiem nie warto się wybierać na wycieczki lub ile powinny kosztować taksówki).
Zupełnie nie warto wykupywać wycieczek ani wynajmować samochodu za pośrednictwem rezydenta — jego prowizja wynosi co najmniej 20%. Dla porównania podam, że wynajem małego samochodu (Kia Picanto, Chevrolet Matiz, Hyundai Getz) z klimatyzacją przez rezydenta to wydatek rzędu €45 (są tańsze, ale bez klimatyzacji, za €39), natomiast samodzielnie (w wypożyczalni na rogu) €35, a średniego (Chevrolet Lacetti, Opel Astra II) u rezydenta €60, samodzielnie €45. Do tego należy doliczyć paliwo, bo samochody są podstawiane z pustym bakiem — na Zakynthos na cały dzień jeżdżenia wystarczy paliwa za €15.
W trakcie pobytu w hotelu widzieliśmy, czym różni się tzw. opieka rezydenta od opieki rezydenta. Wczasowicze z Wielkiej Brytanii, Holandii czy Szwecji byli codziennie indywidualnie odwiedzani przez przedstawicieli biur podróży (TUI, First Choice, Thomas Cook), którzy rzeczywiście interesowali się ich potrzebami i pomagali w załatwianiu różnych spraw np. w recepcji. Nasz rep skończył się nami interesować w momencie, gdy wysiedliśmy z autobusu, który przywiózł nas z lotniska do hotelu. O tym, że w recepcji można dostać za darmo elektryczny odstraszacz na komary dowiedzieliśmy się od... polskiej kelnerki w hotelowej restauracji. Jednym słowem: dno. Nie warto dawać im zarobić, bo nawet się o to nie starają. Na szczęście nam udało się spędzić cały ten czas tak, by nie musieć się kontaktować z naszym rezydentem.
Dziś wystawiłem moją pierwszą fakturę. Gdyby nie to, że dziś znowu się wożę (pierwszy raz wiozłem moją żonę, umierała ze strachu...), to pewnie poszedłbym coś chlapnąć na to konto.
Dziś rano podjechałem do Wydziału Komunikacji Starostwa w Wołominie (jeszcze nielegalnie ;)) i odebrałem moje prawko. O 8:30 było po wszystkim. Spokojnie podjechałem sobie do banku załatwić jedną zaległą sprawę z kontem firmowym i wyruszyłem w drogę do pracy. Uch... :)
Bilans:
jedno wymuszenie
jeden błąd niezasyganlizowania zmiany pasa ruchu
Wyjechałem o 8:45, na parkingu w Promenadzie byłem o 9:30. Zysk względem komunikacji publicznej to 20-30 minut. Warto. :)
Załatwiłem ostatnią sprawę, związaną z rejestrowaniem działalności gospodarczej. Po 27 dniach od złożenia wniosku o wpis do ewidencji mogę wreszcie w majestacie prawa płacić haracz okupantowi.
...powoli zbliża się ku końcowi. Jeszcze jedna wizyta z deklaracją ZIPA w Zakładzie Utylizacji Staruszków (powiedzenie kolegi Lodka) i pozostanie mi jedynie comiesięczne opłacanie haraczy.
Naprawdę ulżyło mi, jak kobieta w Urzędzie Skarbowym powiedziała dziękuję, to już wszystko.
Dziś, 22 kwietnia 2009 dostałem wreszcie mój REGON. Po 3 (trzech!) tygodniach mogę zacząć normalną działalność gospodarczą. W stosunku to gorszej przeszłości jest to zysk na poziomie -14 dni (minus czternastu), co oznacza 14 dni straty.
Dziś nie wytrzymałem i zadzwoniłem do Urzędu Statystycznego w Warszawie dowiedzieć się, co się dzieje z moim numerem REGON (dla ustalenia uwagi: wniosek o wpis złożyłem 1 kwietnia, wpis odebrałem 8 kwietnia). Jak się okazuje, mój numer wypłynął z US 15 kwietnia zwykłą pocztą i do 20 kwietnia nie był w stanie pokonać 25 kilometrów do Wołomina.
Zainspirowany komentarzem tylika przemyślałem sobie jeszcze raz kwestię mojej odysei egzaminacyjnej. Tylik, ja naprawdę nie mam się czym chwalić.
Mam 38 lat, od około 20 jeżdżę różnymi pojazdami, małymi i dużymi, szybkimi i wolnymi, na gąsienicach i na kołach, takimi co pływają i takimi, co się ledwo toczą, od Fiata 126p do BRDM-2, od Ursusa C-330 do BWP-1 (zgadza się, dłużej jeżdżę, niż piszę programy!). Wydawało mi się, że z takim doświadczeniem zdanie egzaminu państwowego będzie niemal formalnością, jednak przykładnie odjeździłem wszystkie jazdy, na luzaku przyjechałem w grudniu na egzamin i... przeżyłem pierwszy szok, gdy oblałem egzamin na łuku. Dlaczego, przecież niewiele to się różni od wyjeżdżania na parkingu czy z garażu (w przypadku naszego garażu jest nawet mniej miejsca)? Zagadka. Potem zagadek było jeszcze więcej — na egzaminie robiłem rzeczy, o które sam bym się nie podejrzewał, że w ogóle potrafię. Dopiero za piątym razem pozbierałem się jakoś i wreszcie ten egzamin zdałem. Do nikogo nie mogę mieć pretensji poza sobą.
Wszystko to może świadczyć o tym, że moje zdanie o sobie samym jest całkowicie błędne — psychicznie daleko mi do zimnego twardziela, który każdy stres bierze na miękko, robi co ma zrobić i idzie na wódkę po skończonej robocie. Dlatego właśnie czuję się psychicznie złomotany, pomimo tego, że oczywiście cieszę się ze zdanego egzaminu i zakończenia okresu przejściowego. Jednym zdaniem: powód do radości tak, ale do dumy to już nie — jest się z czego cieszyć, ale nie ma czym chwalić.
Co oczywiście nie psuje mi nastroju na tyle, żebym siedział w kącie i pochlipywał pod nosem — trzeba się zająć nową sytuacją na poważnie. Tylik ma swojego jednorożca, mam i ja ;). Celuję trochę niżej: Peugeot 406 Coupe 3.0 V6, ale przez to mam nadzieję ustrzelić sztukę nieco mniejszym wysiłkiem (głownie finansowym). Pewnie jeszcze trochę o tych polowaniach na mojego jednorożca tu się pojawi, a z obecnego stanu rynku (okazy można znaleźć np. na allegro) wnioskuję, że parę sztuk zląduje też na bezwypadkowe.net.
Zdaje się, że kryzys zbiera żniwo w turystyce — organizator naszego wyjazdu na Zakynthos odwołał imprezę, podobno z powodu zbyt małego zainteresowania. Trochę dziwne to, bo było naprawdę tanio i w świetnym miejscu, więc wydawało mi się, że przynajmniej takich problemów nie będzie. Jestem prawie załamany.
jarek:~$ ipython
In [1]: import datetime
In [2]: d0 = datetime.date(2008, 9, 13)
In [3]: d1 = datetime.date(2009, 4, 14)
In [4]: d1 - d0
Out[4]: datetime.timedelta(213)
In [5]: 1500 + 25 + 5 * 115 + 500 + 300 + 200 + 250 + 200 + 150
Out[5]: 3700
In [6]:
213 dni, 3700 złotych, 6x potworny stres — tyle naprawdę kosztowało mnie prawo jazdy. 9000 wydane na Escorta przy tym to pryszcz. Można sobie zadawać pytanie, czy to musiało tyle kosztować i pewnie nie musiało (gdybym np. od razu wykupił kurs rozszerzony z 40 godzinami jazdy zaoszczędziłbym 200 złotych), ale zysk na pieniądzach tak naprawdę miałby znaczenie drugorzędne, najbardziej dla mnie liczyłby się czas i przeżyty stres.
Odebrałem dziś wpis do ewidencji działalności gospodarczej. Na moje pytanie o REGON pani w magistracie wzruszyła ramionami: "pewnie po świętach". OK. Dam radę prowadzić działalność gospodarczą przez 2-3 tygodnie bez REGON, chociaż raczej będzie to udawanie działalności.
W związku z tym, że nie mam REGON, odpadły mi odwiedziny w banku (na razie — bo przecież i tak będę musiał tam pójść). Podreptałem grzecznie do ZUS, a tam... Szkoda słów. Po pół godzinie czekania olałem sprawę i postanowiłem poprosić księgową o załatwienie tego za mnie, nawet za dodatkową opłatą. Ale rozmowa z księgową wyprowadziła mnie z iluzji — nawet z jej pomocą nie ominie mnie łażenie po urzędach.
Odechciewa mi się. Wszystko w lesie, choć trwa to już ponad tydzień, a miało być tak pięknie, jedno okienko i w'adza przyjazna przedsiębiorcy. Jak zwykle PO łże jak pies.
Ciąg dalszy przejść, związanych z rejestracją działalności gospodarczej w tzw. jednym okienku.
Minął tydzień od złożenia wniosku o wpis do rejestru i rozpoczęcia działalności. Dziś miałem zgłosić siebie w ZUS do ubezpieczenia (nie wspomnę o tych wszystkich rzeczach, które jedno okienko pomija, a trzeba dodatkowo załatwić, mając już wpis do ewidencji i REGON), tymczasem pani w magistracie rozłożyła ręce: nie mamy pańskiego wpisu i co nam pan zrobi?. To tak, jakby asynchronicznie napisany program po wysłaniu danych czekał na kanale IO na informacje zwrotne — ja takiemu programiście porachowałbym wszystkie kości (ej, kto jest odpowiedzialny za TEN sralnik?).
Jutro kolejna wyprawa do Urzędu Miasta, a po niej trening biegów miejskich na trasie magistrat - ZUS - bank - magistrat - US. No, chyba, że wezmę rower...
Od wczoraj obowiązuje ustawa, która miała przedsiębiorcom rozpoczynającym działalność ułatwić życie — wszystkie sprawy związane z rozpoczęciem działalności gospodarczej miały być załatwione podczas jednej wizyty w magistracie, przy jednym okienku właśnie. Wczoraj odwiedziłem mój Urząd Miasta, ale pani w tym jednym okienku poprosiła, żebym przyszedł następnego dnia, jeżeli mi się nie spieszy z rozpoczynaniem działalności (albo spieszy mi się dokądś), bo ona nie do końca wie, jak to wszystko pozałatwiać, pomimo tego, że była na jakimś szkoleniu i nawet jej instrukcję dali. Pobiedziłem się wczoraj wieczorem nad formularzem EDG-1 i przyszedłem dzisiaj rano...
Okienko faktycznie jest jedno. To znaczy — są dwa, ale tylko jedno czynne. Kolejka może nie była szczególnie długa, ale posuwała się potwornie wolno, bo pani przyjmująca druki przy każdej sprawie musiała dzwonić w przynajmniej jedno miejsce, żeby zasięgnąć dodatkowych informacji (do Urzędu Skarbowego albo do ZUS). A czasem musiała dzwonić w oba... Średni czas załatwienia jednego interesanta: około 60 minut. Po około 2 godzinach przyszedł czas na mnie. Na szczęście dobrze odrobiłem pracę domową wczoraj i mój wniosek nie wymagał żadnych korekt, więc załatwiłem sprawę w pół godziny i z jednym telefonem do przyjaciela (w Urzędzie Skarbowym).
A teraz zauważone idiotyzmy:
wraz z wnioskiem można podać numer konta bankowego dla firmy, ale żeby założyć konto na firmę, to trzeba mieć wpis do ewidencji i REGON: +1 okienko;
we wniosku można podać dane firmy rozliczającej księgowość, ale umowę podpisuje się dopiero po uzyskaniu wpisu do ewidencji i REGON: +1 okienko;
we wniosku nie można podać sposobu rozliczania VAT: +1 okienko;
wraz ze składaniem wniosku nie można zgłosić płatnika składek i ubezpieczonego do ZUS: +1 okienko.
I jeden, jedyny plus, jaki w tym wszystkim jest: działalność można rozpocząć w dniu składania wniosku o wpis do ewidencji. Dobre i tyle, chociaż wciąż nie można podpisać żadnej umowy (bo przecież nie ma się wpisu do ewidencji ani REGON).
Wszystko to wygląda na krok w dobrą stronę, ale raczej głupio zrobiony.
Gdy w końcu zdecydowaliśmy się nawiedzić rejon Morza Śródziemnego, świat pogrążył się w finansowym kryzysie, ale mimo to postanowienia nie zmieniliśmy. Wystrczyło obejrzeć kilka zdjęć, żeby przestać myśleć o pieniądzach, kursie €, urlopach i innych przyziemnych sprawach.
W maju wyjedziemy sobie na tydzień odetchnąć innym powietrzem na bajecznej wyspie Zakynthos. Termin został wybrany nieprzypadkowo — przed sezonem, ale w trakcie rozkręcania się. Już ciepło, ale jeszcze nie upalnie. I może nie będzie aż tyle komarów, choć podobno na to nie ma co liczyć. Nie obyło się bez nerwów i kilku kłótni, a na Zakynthos padło niemal przypadkiem po tym, jak nie znaleźliśmy satysfakcjonującej oferty na Rodos i na Krecie.
Od kilku dni nie mogę przestać o tym myśleć, śni mi się to po nocach i zwyczajnie nie mogę się doczekać... Kalamaki, here we come!
Z wielką determinacją staram się o to, by wreszcie nie musieć poruszać się po Warszawie i okolicach używając komunikacji publicznej. Nigdy nie przeżywałem orgazmu z powodu tego, że jestem nowoczesny, względnie eko, a zawsze przeszkadzało mi to, że komunikacja publiczna po prostu jest taka, jak cała nasza rzeczywistość — czyli z przymrużeniem oka. Bo komunikacja publiczna obsysa na maksa (i proszę mi nie opowiadać, że gdzieś w Polsce jest jeszcze gorzej, bo prawdę mówiąc inne miejsca w Polsce guzik mnie obchodzą). Jeżeli miałbym ją określić jednym słowem, to byłoby to "czekanie" — poruszanie się po Warszawie używając miejskiej komunikacji naziemnej polega głownie na czekaniu (wyjątkiem jest metro, ale od jakiegoś czasu nie zaliczam się do szczęściarzy, co dojeżdżają do pracy metrem). Bardzo proszę przykład:
wychodzę z domu o 07:20, żeby jechać pociągiem 07:31 do Warszawy Wileńskiej, zakładany realistycznie czas dotarcia do pracy to 08:30;
na dworcu około 07:30 słyszę skrzeczenie megafonu, a to oznacza, że pociąg będzie dopiero za 15 minut (nie mam co liczyć na to, że ten, który miał przyjechać o 07:41 będzie o czasie...);
pociąg przyjeżdża około 07:45, na szczęście luźny;
08:10 na dworcu Wileńskim, niecałe 15 minut opóźnienia, więc plany wcześniejszego przyjechania do pracy biorą w łeb, ale przynajmniej się nie spóźnię;
08:15 jestem na przystanku autobusowym i zaczyna się czekanie na autobus 135 lub 509 (dobrze, że są 2...);
około 08:30 przyjeżdża 135, szanse na to, że się nie spóźnię topnieją w oczach;
o 08:50 wysiadam ze 135 na przystanku przy CNPEP Radwar, od pracy dzieli mnie 2 przystanki ale długie, więc nie będę próbował zasuwać piechotą;
08:57 - przyjeżdża jakiś autobus, który zawiezie mnie do Promenady;
o 09:10 wysiadam z windy na moim piętrze, spóźniłem się 10 minut, ale jak się okazuje, wszyscy inni spóźnią się jeszcze więcej.
Z prawie dwóch godzin drogi do pracy, 40 minut spędziłem na czekaniu. Doliczając łażenie między dworcami i przystankami zrobi się z tego godzina. Biorąc pod uwagę, że na Pragę w okolicę ulicy Ząbkowskiej samochodem dojadę w 35-40 minut, to mam szansę zaoszczędzić co najmniej 45 minut, które do tej pory spędzam na czekaniu — zimą na mrozie, latem w upale, a o każdej porze roku ewentualnie w deszczu.
Niech wóz na bus zmieniają młodsi i ci, którym się nie spieszy.
W dodatku warszawskim do wczorajszego SuperExpresu pojawił się artykuł alarmujący, że w naszym wojewódzwtwie na grypę zachorowało już ponad 4000 osób i stawiający odważną tezę o szalejącej epidemii. W 2008 roku województwo mazowieckie miało ponad 5100000 mieszkańców (słownie: pięć milionów sto tysięcy), jeśli wierzyć Głównemu Urzędowi Statystycznemu. Co oznacza, że na grypę zapadło... 0.08% mieszkańców. Zaiste, epidemia...
What happened to the next iteration of hackers? I blame generational pussification - things like the everybody-is-a-winner attitude and Coldplay are making our children soft. As the Twitter invader proves, it doesn't take much to be a "hacker" these days. Great fuckin' job, Mitnick. Give a kid a good asskicking and make him listen to Frank Zappa. He'll be able to dissect a stack frame. (Ted Dziuba)
Nie krępujcie się, formujcie swoje dzieci w duchu miękkiej super-akceptacji dla całego świata, a moja ZIZ nakopie wam i waszym dzieciom do tyłka. Już niedługo. :)
W związku z nadciągającą zimą finansową w IT (wszyscy przepowiadają, że rok 2009 będzie ciężki, tak jak był 2000 — a ja nie mam powodu, żeby nie wierzyć), wMiastoWzięci.pl w najbliższym czasie pozostaną moim prywatnym projektem, częściowo (prawdopodobnie w całkiem sporym zakresie) edukacyjno-eksperymentalnym. Hostowany będzie tak, jak dotychczas, tzn. na najtańszej opcji na djangohosting.ch, więc w wypadku znaczącego pogorszenia wydajności (np. z powodu nagłego zainteresowania serwisem) niczego nie będę dokładał za pieniądze (procesy, pamięć, storage). Lepiej, żeby było to jasne już teraz.
Przez ten rok (co najmniej, bo może być i dłużej) zamierzam zrobić tam kilka rzeczy, ale bez ustalania jakiegoś sztywnego grafiku, bez liczenia wersji i określania terminów:
oceny zawartości;
personalizowane powiadomienia o zmianach w zawartości;
uproszczenie procesu dodawania wydarzeń;
ponowne przemyślenie architektury informacji, bo trochę się pogubiłem...;
przejście od wydarzeniocentryczności do miejscocentryczności;
reorganizacja zawartości wyświetlanej na stronie początkowej serwisu;
nowy wygląd, lepiej dopasowany do charakteru serwisu;
może jeszcze kilka drobiazgów...
Jak widać, nie ma tego wiele, ale też nie zamierzam spędzać nad tym serwisem wiele czasu — moja córka dorasta w szybkim tempie i wymaga coraz większej uwagi. Na tyle, na ile będę mógł poświęcić na niego czas, będę coś tam dłubał, ale na pewno nie będę urządzał wyścigu do funkcjonalności, ani nie będę śledził działań konkurencji tylko po to, żeby być na czasie, ani tym bardziej o krok dalej. Nowe funkcje się pojawią, błędy będą poprawiane, serwis będzie rósł — w oczekiwaniu na lepsze czasy.
w maju po raz wtóry odwiedziłem Debreczyn, wydarzenia podczas tego spotkania były początkiem lawiny, która zakończyła moją półtoraroczną pracę w SensiSofcie;
Jeff Atwood napisał kolejny tekst, który trafia do mnie, tym razem o ludziach, którzy nie powinni zajmować się programowaniem. Zarzewiem był pewien wątek na pewnym forum, w którym ktoś zastanawiał się nad opuszczeniem branży programistycznej. Trudno mi się z tym artykułem nie zgodzić — w końcu zajmuję się programowaniem od ponad 10 lat. W tej branży 10 lat to jak od epoki brązu do atomu.
Wielokrotnie w ciągu tych 10 lat spotykałem ludzi, którzy programowaniem zajmowali się tylko przejściowo, między studiami a pójściem w managery, na szczęście nie musiałem z nimi współpracować, więc nie napsuli mi wiele krwi. Zawsze jednak dziwiło mnie to, że najpierw poświęcili 5 lat na uczenie się inżynierii oprogramowania na studiach i potem przez 5 lat pisali kod tylko po to, żeby wreszcie wskoczyć na najniższe stanowisko w managemencie IT, mając w dodatku perspektywę, że od najwyższego stanowiska, które będą w stanie osiągnąć na normalnej drodze kariery, dzieli ich tylko jeszcze jedno. Coś mi się tu nie zgadzało: poświęcać 15 lat na to, by osiągnąć szczytowe stanowisko w branży? Przecież można je osiągnąć szybciej, powiedzmy w 10 lat. I co ważniejsze, co dalej? Co potem?
OK, w porządku, nie jestem w stanie myśleć tak, jak myśli 98% ludzi, uważających się za normalną większość — od ciągłego obcowania z komputerami (a pewnie i z powodu szczątków klasycznego wykształcenia) wszystko co robię musi być przemyślane i mieć sens. Artykuł Jeffa Atwooda jest oparty nie tylko na przemyśleniach, sporo w nim emocji, co bynajmniej nie odbiera mu wartości, bo dobrze określa tych, którzy zostają w branży jako ludzi, którzy po prostu kochają pisać kod. Dla niektórych dziwnie wygląda 40-letni programista, dla innych to człowiek, którego w zawodzie trzyma pasja (w ciągu tych 15 lat pracy w zawodzie na pewno trafiają się lepsze propozycje, choćby ze zwykłego rachunku prawdopodobieństwa to wynika).
Ja w każdym razie zostaję. Przez pewien czas próbowałem managerzyć i cieszę się, że już tego nie robię. Moja wątroba ma się lepiej, żona jest mniej nerwowa i jakbym siwiał trochę wolniej.
Do grzecznych dzieci w Wigilię przychodzi Mikołaj, więc i mnie nie ominął. ;)
Z jego przepastnego worka dla mnie przeznaczona była gra Filary Ziemi. Ostrzyłem sobie na nią zęby przede wszystkim ze względu na tytułowe skojarzenie z powieścią Kena Folleta, którą po prostu uwielbiam. Poczytałem kilka recenzji, obejrzałem sobie dokładnie instrukcję (można sobie ściągnąć PDF-a ze strony wydawnictwa, jak dla mnie bomba) i zdecydowałem się na wydatek 130 złotych (polecam zakup na Allegro.pl, można zaoszczędzić do 20 złotych w porównaniu do Empiku, w zwykłych sklepach internetowych cena z przesyłką jest porównywalna do Empiku).
Gra jest wydana po prostu prześlicznie i z wielką dbałością o szczegóły. Plansza wykonana tak, że mucha nie siada (podklejona na złożeniach, więc zapowiada się, że będzie również trwała), drewniane pionki, pięknie ilustrowane karty. Miałem prawdziwą przyjemność z dotykania tej gry i nawet z samego patrzenia na nią.
A potem spróbowaliśmy w to zagrać z żoną. Początek był dość trudny, bo dla osób które do tej pory grywały głównie w Monopol lub Scrabble reguły są bardzo skomplikowane, ale po dwóch rundach doszliśmy do pewnej wprawy i potoczyło się nieco szybciej. W różnychrecenzjach różnie się o tej grze wypowiadano, a ja mogę napisać tylko tyle, że wydała mi się dobrze zbalansowana (element losowy z elementem strategicznym). Jedyny mankament, jaki dostrzegłem, to trochę nadmierne faworyzowanie tzw. gracza rozpoczynającego (ma on pierwszeństwo w wykonywaniu różnych akcji, co daje mu pewną przewagę, np. przy wyborze surowców), ale może to specyfika gry w dwie osoby. Nie będę próbował zgadywać, czy się mojej żonie ogólnie podobało, ale widziałem u niej kilka momentów zadowolenia i przyjemności z gry. Gra toczyła się powoli i dopiero w ostatniej, VI rundzie przyspieszyliśmy — prawdopodobnie widok zbliżającej się mety tak na nas podziałał.
Było super. Podoba mi się ta gra. I polecam każdemu, choćby do spróbowania. Teraz czekam na rozgrywkę w większym gronie, w 3 lub w 4 osoby. A potem (zależnie od nastroju mojej głównej partnerki do grania) pewnie dokupię dodatek z nowymi możliwościami. :)
Dziś o 8 rano w ośrodku na Radarowej zdałem egzamin teoretyczny na prawo jazdy B. Ciąg dalszy 2 grudnia o 19, także na Radarowej — będę zdawał egzamin praktyczny. Mam nadzieję, że strategia Bernarda Montgomery da mi równie dobre wyniki, jak dawała jemu: tylko miażdżąca przewaga jest przewagą wystarczającą.
Dziś miałem pierwszą jazdę po mieście. Poszło nadspodziewanie dobrze: jechało mi się płynnie i bez problemów, pomimo sporego ruchu (hej, dzisiaj jest przecież dzień bez samochodu!), choć nie obyło się bez kilku zgrzytów w skrzyni biegów. Odwiedziłem Pragę Południe, Centrum i Mokotów, przećwiczyłem ronda, przejścia dla pieszych i szybką jazdę (na Trasie Łazienkowskiej można jechać 80, czad!). Nie stworzyłem zagrożenia w ruchu drogowym i chyba nawet nie było za bardzo widać, że się dopiero uczę.
Podoba mi się to. We czwartek i w piątek ciąg dalszy nauki.
Zacząłem dzisiaj szkolenie praktyczne na prawo jazdy, mówiąc po ludzku: miałem pierwszą jazdę. Od kręcenia głową na łuku podczas jazdy tyłem boli mnie szyja i kark, ale w końcu doszedłem do niejakiej wprawy i udawało mi się zmieścić w cholerne słupki za każdym razem.
Nie wiem, ile czasu zajmie mi zdobywanie tego dokumentu, ale teraz już się nie wycofam.
Przed południem wybraliśmy się dzisiaj na konie i nie tylko. Niedaleko od Wołomina (12 kilometrów, niespełna 20 minut samochodem), pełna infrastruktura (i pyszny obiad), przyjazna atmosfera i atrakcje dla dzieci. Jak się okazało, właścicielem jest człowiek, z którym dawno temu wypiłem wiele szklanek piwa, ale nie widzieliśmy się przez kilkanaście lat.
Mieliśmy wrócić około 16, ale przeciągnęło się o parę godzin, bez najmniejszego żalu. Było fantastycznie. Obiecujemy sobie, że niedługo ponownie się tam wybierzemy. Szczególnie kusi możliwość przenocowania tam i poświęcenia dwóch dni na atrakcje. :)
Wczoraj przyszedł mój nowy dotwarzacz Samsunga i o ile różni ludzie zachwycają się designem iPodów, to na mnie Samsung YP-T10 robi o wiele większe wrażenie. A że kolega z pracy wczoraj właśnie dostał swojego iPhone 3G, to z ciekawości spojrzałem na to, co Samsung może zaproponować w tej dziedzinie. Nie określiłbym siebie jako gadżeciaża, po prostu podoba mi się ten F480. :)
Podobno na Bałtyku szalał sztorm. Lelewizja o tym trąbiła. Ja zauważyłem tylko deszcz co chwilę i wiatr, który urywa głowy. Poza tym żadnych atrakcji. A ja myślałem, że sztorm to coś, co zapada w pamięć, jak halny w Tatrach.
Dziś znikam z horyzontu internetu na 10-11 dni — wyjeżdżamy nad morze i nie zamierzam tam niczego kombinować z dostępem do internetu, po prostu nie ma.
Wracamy 11 lub 12 sierpnia i liczę na to, że internet będzie tu jeszcze. ;)
Kupiliśmy dziś nasz pierwszy samochód. Dobiegając 40-tki, po ponad 10 latach życia po ślubie staliśmy się wreszcie właścicielami własnego pojazdu. W wielkim stresie (pomimo dokładnego sprawdzenia przez osoby postronne) kupiliśmy dzisiaj przyzwoicie wyposażonego Forda Escorta 1.6 16v kombi z 2000 roku, ze 166 000 kilometrów. Do domu dojechał i nawet wszystko, co miało działać (klimatyzacja, yay!) działało. Teraz co paręnaście minut latamy do okna w kuchni, żeby sobie na niego popatrzeć. I w sumie pomimo tego, że nie jest mały, to na naszym parkingu przed blokiem wśród Fordów Mondeo, Opli Omega i Toyot Avensis wygląda bardzo pchełkowato. Ale zmieścimy się w nim, i jeszcze przez parę lat będzie nam w nim wygodnie.
Jutro mam sprawdzić w serwisie, kiedy było wymieniane coś, co się nazywa pasek rozrządu (brzmi poważnie, ale mam pewne wątpliwości) i jaki lano do niego do tej pory olej. A w sobotę wybywamy na wioskę.
Złożyłem szafę. Cały weekend szarpaniny ale półtorametrowa szafa wreszcie stoi. Bolą mnie ręce i nogi, ale cieszę się, że nie będę musiał tego już robić na urlopie. Będę za to musiał robić inne rzeczy, bo wraz z szafą przyjechała prawie 50 kilogramowa komoda...
Na szczęście wpadłem wczoraj na szatański pomysł i kupiłem sobie jakąś wkrętarkę. Bez tego pewnie odpadłyby mi ręce od wkręcania śrub.
Powoli żegnam się z pięknym miastem Debreczynem (pogoda piękna, miasto... no cóż, na pewno ma swoich miłośników). Spotkanie nie było tak straszne, jak się obawiałem, chociaż do przyjemnych nie należało. Zjedzony nie zostałem i to się dla mnie liczy. ;)
O 20:00 mój samolot wystartuje z Ferihegy i mam nadzieję około 23:00 znaleźć się we własnym łóżku.
No, nie takim znowu pięknym, przypomina raczej Piotrków Trybunalski... Ale Piotrków też pewnie ma swoich amatorów.
Najpierw godzina samolotem z Warszawy do Budapesztu, potem 2 godziny czekania na samochód w hali przylotów lotniska Ferihegy 2A, a potem jeszcze dwie godziny samochodem z Budapesztu do Debreczyna (mają autostrady... zazdrość!). Jestem półżywy. A jutro szykuje się nieprzyjemne spotkanie z klientami. Mam nadzieję, że mnie nie zjedzą, ale może być różnie...
Dopiero wyjazdy na kilka dni uświadamiają mi, jak bardzo tęsknię za Kasią i ZIZ. Gdy jestem w domu, to z niecierpliwością czekam na każdą godzinę-półtorej, kiedy zostawią mnie samego i będę mógł sobie trochę pokodować, ale gdy wyjadę na dłużej, to mi ich brakuje. Bardzo.
W dzikim widzie zainstalowałem sobie OpenSuSE 10.3 z KDE. Omatko. OMG. Co za dno. Po 3 godzinach walki z systemem mam wyjący komputer, którego desktop wygląda rzygowicznie, a każda rzecz, której się tknie, działa zupełnie inaczej, niż jest to napisane.
Pomyślałem sobie, że skoro za niecałe 2 tygodnie ma wyjść nowe Ubuntu, to dam sobie parę dni na przetestowanie jakiejś innej dystrybucji. Padło na SuSE, ale z tego padnięcia nic nie wyszło — po pół godzinie kombinowania w pierwszych krokach instalacji zrezygnowałem nie doszedłszy do menu wyboru pakietów. Ubuntu nie każe wybierać żadnych pakietów...
A tak całkiem na poważnie, to nie wiem, czy te koszta są tak poważne.
Ten projekt to webshop (a jakże), z dość egzotycznym rodzajem muzyki. Nie obliczam go na jakiś ogromny ruch typu miliony wejść dziennie, ale z 10 000 przydałoby się obsłużyć. Oprogramowanie napiszę sobie sam (koszt: 0), pozostaje to, czego sam nie zrobię, czyli maszyna (najcieńszy Root Server na hetzner.de to około 2500 złotówek rocznie), storage (S3, z pewnym okładem to 250 złotówek miesięcznie) i opłaty dla firmy rozliczającej płatności. Razem daje to około 5500 złotówek samego kosztu utrzymania, kosztów administracyjnych jeszcze nie udało mi się policzyć.
Dużo? Czy nie dużo? Trudno mi powiedzieć, chociaż tak na oko nie wydaje się to jakimś ogromnym wydatkiem.
Zaczyna się od zwolnienia. W sobotę straciłem całkowicie głos i ledwie byłem w stanie oddychać. Jakoś przecierpiałem do poniedziałku i nie omieszkałem wziąć sobie kilku dni zwolnienia. Praca nie dała od siebie odpocząć za bardzo, ale może dam radę napisać kilka linijek kodu dla siebie.
Moja córka Zofia (niegdyś znana jako ZIZ, obecnie lat około 3,5) nauczyła się pisać. Umie już napisać MAMA, TATA, LATO i LALA. Przymierza się już do pisania książek.
Jeszcze się nie zdecydowałem, ale moim następnym nabytkiem w dziedzinie aparatów fotograficznych będzie produkt firmy Canon: albo G9, albo S5 IS. Jeszcze się tylko muszę z żoną skonsultować, czy dobry kompakt, czy może superzoom...
Bardzo brakuje mi w naszym pięknym kraju porządnej, stabilnej gazety codziennej o profilu konserwatywnym. Pewne nadzieje pokładałem w dzienniku Polska, podobno powstającym we współpracy z The Times (co mi właśnie tak konserwatywnie wróżyło), a wydawanym przez Polskapresse. Kupiłem dzisiaj numer i zrozumiałem, że to była daremna nadzieja. To będzie kolejny dziennik o linii umiarkowanie prorządowej, podobnie jak springerowski Dziennik. Przykre. Gazeta Polska pozostaje jedyną gazetą o akceptowalnej linii politycznej, największa szkoda w tym, że nie jest dziennikiem.
Moja córka ma 3 lata (no, prawie 3 i pół). Jak każde dziecko lubi, żeby jej opowiadać bajki. Kilka dni temu nieopatrznie zagaiłem, że mógłbym jej opowiedzieć historię o tym, jak niania Ogg i babcia Weatherwax pojechały do Ankh Morpork zwerbować trzecią czarownicę do zespołu... No i zaczęło się. Wczoraj musiałem opowiadać o upiorze w gmachu opery. Dzisiaj chciała, żebym opowiedział, jak doszło do tego, że w Ankh Morpork zjawił się Enrico Basilica. Mam tych opowieści jeszcze na dwa wieczory, a potem będę musiał kupić kolejne książki Pratchetta, żeby znowu mieć, co opowiadać.
Dla miłośników konkursów pytanie: z jakiej powieści opowiadam teraz historie? A dla miłośników głosowań kolejne: którą książkę Pratchetta mam przeczytać jako następną?
W naszym mieszkaniu tak dość dziwnie się dzieje, że kiedy zaczynają grzać kaloryfery, wtedy też pojawiają się przebicia na różnych metalowych przedmiotach — najczęściej na klamkach do łazienki i ubikacji, ale też na aluminiowych narożnikach ścian a nawet na śrubach, którymi skręcone są meble. Nie mam wytłumaczenia tego faktu, szczególnie w przypadku śrub w meblach, które przecież nie stykają się z żadnymi przewodnikami elektrycznymi.
Ot i kolejne dziwactwo naszego mieszkania. Krzywe ściany są wytłumaczalne, ale to można potraktować chyba tylko jako zemstę zza grobu socjalizmu z jego "jakością".
Zamierzam (i to poważnie) przejść na zawodową emeryturę za około 20 lat, więc wypadałoby już teraz zacząć się zastanawiać, czym się wtedy zajmę. Mam kilka wizji, głównie opartych na przeświadczeniu, może błędnym, a może jednak nie, że inni ludzie mogą lubić to, co i ja. Więcej nawet, że są skłonni zapłacić za te przyjemności, które ja im z przyjemnością będę dostarczał. Pisania programów w to nie wliczam, pozbyłem się już złudzeń...
Może jedzenie? Weekendowe biesiady na Podlasiu, pełne naturalnej żywności. Świeże warzywa, świeże mięso, świeży nabiał. I atrakcje (nie tylko kulinarne), jakich nie zazna się w normalnej restauracji na mieście — jak pieczenie chleba czy kolacja przy lampach naftowych. W ciągu najbliższych 20 lat najprawdopodobniej zmieni się zarówno stan polskiej gospodarki, jak i okolice, w których chciałbym otworzyć to przedsięwzięcie, jednak pomyśleć nie zaszkodzi. W każdym razie, mając dziś perspektywę nieodległej emerytury (moja jeszcze jest odległa), wziąłbym to rozwiązanie pod uwagę, jestem w stanie wyobrazić siebie w takiej roli.
Na pewno będę miał jeszcze wiele wizji i pomysłów, a ten jest raptem drugi czy trzeci...
Ładna pogoda wypchnęła nas na godzinkę do lasu w Klembowie, w okolice, gdzie od kilku tygodni próbujemy kupić działkę pod nasz przyszły (_potencjalny_ też dobrze brzmi) dom. Oczywiście, komary. Oczywiście, tłum grzybiarzy, pomimo późnej już (przynajmniej jak na zbieranie grzybów) pory. Ale przede wszystkim komary, a do tego kilka grzybów, ledwo widocznych spoza chmar komarów. Nie będziemy próbować kupić działki w bezpośredniej bliskości lasu, jakkolwiek fajnie byłoby mieć drzwi do lasu — nie odpowiada mi jednak życie w chmurze komarów.
Córka była szczęśliwa, żona była zadowolona, znaczy — warto było. Pomimo tego, że po sobotnim kieracie pragnąłem tylko siedzieć z wyciągniętymi nogami.
Oglądanie kolejnych czterech działek-kandydatek zostawiliśmy sobie na popołudnie. Może uda się znaleźć z godzinkę, żeby wsiąść na rower i zbadać sytuację w okolicach Dobczyna.
Trochę nakręcony przez żonę, a trochę z powodu wściekłości na ciasnotę naszego obecnego lokum, zacząłem kilka miesięcy temu rozglądać się za jakąś ładną, dużą i tanią działką budowlaną w okolicach naszego Wołomina. Początkowo liczyłem się z wydatkiem rzędu 130.000 złotych, ale doznałem bardzo bolesnego zderzenia z rzeczywistością i musiałem podnieść tę kwotę do 200.000, żeby spełnić przynajmniej dwa z trzech wspomnianych wcześniej warunków. To, co prawda, nie stawia pod znakiem zapytania całej inwestycji, a jedynie przesuwa ją w czasie o kilka lat — spłacenie takiego kredytu zajmie trochę więcej czasu, ot, ze trzy, cztery lata... Biorąc pod uwagę, że i tak nie zacznę budować domu przed 40-tką, to niewielkie opóźnienie. I tak skończę będąc już zbyt starym, by organizować tam dzikie melanże, prawdopodobnie poprzestaniemy na garden parties w gronie podobnych nam tetryków.
Problem zaczął się, kiedy pojawiły się pierwsze działki do obejrzenia — trzeba rzucić wszystko, żeby obejrzeć, co pani agenta znajdzie, a tu jeszcze koleżanka małżonka mówi, że jej nie pasuje. Gdybyśmy jeszcze mieli samochód, to moglibyśmy się umawiać na oglądanie wtedy, kiedy nam wygodnie, a nie wtedy, kiedy możemy zostać zawiezieni przez panią agentę. Sam nie pojadę, razem nie pojedziemy, ktoś jednak musi, a w końcu i tak muszą wszyscy. Ale to był mały pikuś.
Duży pikuś pojawił się wtedy, gdy koleżanka małżonka zobaczyła koszty kredytu. Niby wcale nie tak wiele, biorąc pod uwagę, ile zarabiamy i ile wydajemy, ale kwota sama w sobie robi wrażenie. No i zrobiła na małżonce. Zrobiła wrażenie takie, że kobieta uznała, że nas nie stać (pomimo tego, że stać nas bez specjalnych wyrzeczeń).